
Pożyczyłam bratowej 8 tysięcy na remont kuchni. Na Boże Narodzenie przyszłam do nich w odwiedziny - kuchnia bez zmian, ale w salonie stał nowy telewizor za 6 tysięcy.
Stałam w progu ich salonu z siatką pełną prezentów i patrzyłam na ten ekran. Ogromny, lśniący, jeszcze z folią na ramce. Mój brat Andrzej siedział na kanapie i przełączał kanały pilotem, jakby to był najnormalniejszy widok na świecie. A może dla niego był.
- Renata, zdejmij kurtkę, bo się zagrzejesz - powiedziała Kasia, moja bratowa, wychodząc z kuchni. Z tej samej kuchni, w której szafki nadal się nie domykały, a blat przy zlewie miał tę samą popękaną płytkę co w czerwcu, kiedy dzwoniła do mnie z płaczem.
Pamiętam tamten telefon dokładnie. Był piątek, dwudziesty pierwszy czerwca. Właśnie wróciłam ze szkoły - uczę matematyki w podstawówce na Gocławiu od dwudziestu trzech lat - i rozkładałam zakupy, kiedy zadzwoniła. Że kuchnia się sypie, że grzyb pod zlewem, że Andrzej mówi, żeby poczekać do przyszłego roku, a ona nie może tak żyć. Że się wstydzi, bo sąsiadka przyszła na kawę i zobaczyła.
- Ile potrzebujesz? - zapytałam, bo tak robiłam zawsze. Cała rodzina wiedziała, że Renata pomoże. Renata jest sama, Renata nie ma na kogo wydawać, Renata odłoży. Jakby bycie samotną po pięćdziesiątce oznaczało, że pieniądze same się mnożą na koncie.
- Osiem tysięcy by wystarczyło - powiedziała Kasia cicho. - Na szafki, blat, może kafelki nad kuchenką. Oddam ci do końca roku, Renatko. Andrzej dostanie premię w październiku.
Przelałam następnego dnia. Nawet nie spisałyśmy żadnej umowy, bo po co - to rodzina. Andrzej to mój jedyny brat. Znamy się z Kasią piętnaście lat, od ich ślubu. Byłam świadkową. Trzymałam ich córkę Zuzię do chrztu.
Przez lato nie pytałam o remont. Nie chciałam być tą, co sprawdza. W sierpniu napisałam SMS-a, takiego niewinnego: „Jak tam kuchnia?". Kasia odpisała: „Powoli, szukamy ekipy, sama wiesz jak jest". Pomyślałam - no tak, w wakacje ciężko znaleźć fachowca. We wrześniu byłam zajęta początkiem roku szkolnego, w październiku pogrzeb cioci Zosi w Radomiu, w listopadzie przeziębienie, które ciągnęło się trzy tygodnie. Jakoś zleciało.
Na Wigilię pojechałam do mamy do Piaseczna, jak co roku. Andrzej z Kasią i Zuzią też tam byli. Przy stole mama zapytała, czy remont się udał. Kasia zmieniła temat, powiedziała coś o Zuzi i jej występie w szkole. Nie zwróciłam na to uwagi.
A potem przyszło drugie święto. Pojechałam do nich na Pragę, do tego ich mieszkania na trzecim piętrze, z torbą prezentów i sernikiem, który piekłam od szóstej rano. I zobaczyłam ten telewizor.
Mój mózg zaczął liczyć natychmiast - matematyczka ze mnie przez dwadzieścia trzy lata, a poza tym od zawsze. Telewizor sześćdziesiąt pięć cali, Samsung, widziałam taki w Media Markt. Około sześciu tysięcy złotych. Kuchnia - bez zmian. Osiem tysięcy - nieodłożone. Premia Andrzeja - najwyraźniej wydana na coś innego niż dług u siostry.
- Nowy? - zapytałam, wskazując ekran. Starałam się, żeby głos brzmiał normalnie.
- No, Andrzej się uparł - Kasia machnęła ręką. - Tamten stary ledwo działał. Wiesz, Zuzia potrzebuje do lekcji online, a Andrzej mecze ogląda...
Andrzej nawet nie odwrócił głowy. Oglądał jakiś film i udawał, że mnie nie słyszy. A może naprawdę nie słyszał - ten telewizor miał niezły dźwięk.
Usiadłam przy stole w kuchni. Tej samej kuchni. Kasia postawiła przede mną herbatę w kubku z odbitym uchem i talerzyk z piernikami. Siedziałam i patrzyłam na te szafki, które się nie domykają, na tę popękaną płytkę, na zaciek pod oknem, który chyba był nowy. I czułam, jak coś we mnie cichnie. Nie wściekłość - to przyszło później. Najpierw była cisza. Taka dziwna, głucha cisza, jakby ktoś wyłączył dźwięk w moim własnym życiu.
- Kasia - powiedziałam w końcu, gdy Zuzia poszła do pokoju, a Andrzej do łazienki. - A te pieniądze?
Zobaczyłam, jak się spięła. Ręce jej zamarły nad talerzem z piernikami.
- Jakie pieniądze? - zapytała, ale oczy jej powiedziały, że wie jakie.
- Te osiem tysięcy na kuchni. Miałaś oddać do końca roku.
- Renata, no wiesz... sytuacja się skomplikowała. Andrzejowi premii nie dali w końcu. ZUS nam podwyższył składkę, bo Andrzej przeszedł na własną działalność. A Zuzia potrzebowała korków z angielskiego. Wiesz, jak to jest.
- A telewizor?
Cisza. Przez ścianę słychać było, jak leci reklama jakiegoś perfumu - wyraźnie, z głębokim basem nowego Samsunga.
- To Andrzej kupił - powiedziała Kasia szybko. - Na raty. Ja mu mówiłam, że niepotrzebnie, ale on stwierdził, że stary się zepsuł i koniec dyskusji. Ja nie miałam na to wpływu.
Patrzyłam na nią i myślałam o tym czerwcowym telefonie. O tym „proszę, Renatko". O tym, jak następnego dnia przelałam pieniądze, nie pytając nawet o potwierdzenie. Osiem tysięcy to dla mnie półtora miesiąca pracy. Pięćdziesiąt osiem lat, sama, kawalerka na Gocławiu, nauczycielskie zarobki - każda złotówka policzona.
- Kasia, ja nie jestem bankiem - powiedziałam. Głos mi się nie trząsł. Byłam spokojna, aż mnie to zaskoczyło. - Ja te pieniądze odkładałam na nowe okna. Moje się już nie uszczelniają. Całą zimę ciągnie mi od balkonu.
- Oddamy, Renata. Tylko nie teraz. Po Nowym Roku Andrzej ma dostać zlecenie...
- Po Nowym Roku - powtórzyłam.
Weszł Andrzej. Stanął w drzwiach kuchni, duży, w dresie, z mokrymi jeszcze rękami.
- O czym gadacie? - zapytał. I od razu wiedziałam po jego tonie, że doskonale wie o czym.
- O pieniądzach, które wam pożyczyłam - powiedziałam prosto.
- Renata, no daj spokój, święta są - mruknął. - Nie rób afery z niczego. Oddamy. Jesteśmy rodziną, nie?
Rodziną. To słowo zawisło w powietrzu między nami jak dym z niedogaszonego papierosa. Rodziną - więc pożycz. Rodziną - więc nie pytaj. Rodziną - więc poczekaj. Rodziną - więc nie rób afery.
Wstałam od stołu. Zabrałam sernik, bo Andrzej jeszcze nie wziął kawałka i coś we mnie, jakiś mały, złośliwy głos, kazał mi go zabrać. Włożyłam buty w przedpokoju. Kasia stała za mną i powtarzała: „Renata, no nie rób tak, zostań, Zuzia chciała ci pokazać swój rysunek...".
Na klatce schodowej zatrzymałam się na piętrze niżej. Oparłam się o chłodną ścianę i stałam tak z sernikiem w rękach. Przez drzwi sąsiadów słychać było kolędy i śmiech dzieci.
Wiedziałam, że za tydzień mama zadzwoni i powie: „Renatko, no co ty, pokłóciłaś się z bratem? W święta? On mi dzwonił, że wyszłaś bez słowa. On jest taki wrażliwy, wiesz...". Bo Andrzej zawsze był tym wrażliwym. A ja zawsze byłam tą rozsądną. Tą, co pomoże. Tą, co zrozumie.
Zeszłam na dół i wyszłam na mróz. Autobus na Gocław miał przyjechać za dwanaście minut. Stałam na przystanku z sernikiem i myślałam, że mogę im to darować. Osiem tysięcy. Wybaczyć, zapomnieć, wrócić do bycia dobrą siostrą, dobrą ciotką, dobrą Renatką. Mogę. Ale czy powinnam?
Bo jeśli daruję - to znów pożyczę. I znów nie zapytam. I znów dostanę herbatę w kubku z odbitym uchem, podczas gdy w salonie będzie lśnił kolejny dowód na to, że moja dobroć ma cenę, ale nie ma wartości.
Autobus się spóźniał. Sernik zaczynał mi marznąć w palcach. A ja stałam i nie wiedziałam, co jest gorsze - stracić osiem tysięcy czy stracić brata.