
Na osiedlu otworzyła się nowa kwiaciarnia. Zaczęłam tam zaglądać po tulipany. Właściciel ma 58 lat i pyta, czy lubię kawę zbożową. Nie powiedziałam o tym mężowi - sama nie wiem dlaczego.
A właściwie - wiem. Wiem doskonale. Tylko boję się to nazwać, bo kiedy coś nazwiemy, to staje się prawdziwe. A ja mam pięćdziesiąt sześć lat, trzydzieści dwa lata małżeństwa i dom na osiedlu Tysiąclecia w Poznaniu, w którym wszystko jest na swoim miejscu. Meblościanka w salonie. Obrus w kuchni. Ryszard w fotelu.
Kwiaciarnia pojawiła się w marcu, w lokalu po starym warzywniku. Przez lata mijałam te brudne szyby z napisem „LIKWIDACJA" i nawet nie patrzyłam. Aż pewnego dnia szłam z Biedronki, w jednej siatce jogurty, w drugiej chleb tostowy, i zobaczyłam świeżo umyte okna, a za nimi - morze tulipanów. Czerwonych, żółtych, białych. Weszłam, bo tulipany to moje kwiaty od zawsze. Mama Halina sadziła je co roku na działce w Puszczykowie i powtarzała: „Dorota, tulipan to kwiat prosty, ale uczciwy. Nie udaje nic, czym nie jest".
Właściciel stał za ladą i przycinał łodygi. Wysoki, lekko przygarbiony, w flanelowej koszuli z podwiniętymi rękawami. Włosy siwe, ale gęste. Ręce duże, spracowane. Powiedział: „Dzień dobry, proszę się rozejrzeć". Nic więcej. Wybrałam pięć czerwonych tulipanów, zapłaciłam dwanaście złotych i wyszłam. I to mogłoby być wszystko.
Ale wróciłam po trzech dniach. I znowu po czterech. I jeszcze raz. Za każdym razem - tulipany. Ryszard nie pytał, skąd tyle kwiatów w domu. Ryszard w ogóle rzadko pyta. Przez trzydzieści dwa lata nauczył się, że kwiaty na stole to moja sprawa, tak jak pranie, zakupy i wizyty u jego matki na Jeżycach. Ryszard ma swój fotel, swoje wiadomości o dwudziestej, swoje piwo wieczorem i swój garaż, w którym od trzech lat składa regał, który nigdy nie będzie gotowy.
Właściciela kwiaciarni poznałam bliżej przypadkiem. Weszłam w czwartek po południu, a on akurat parzył kawę zbożową na zapleczu. Zapach był taki znajomy - babcia Zofia robiła ją zawsze w garnuszku, na mleku, z łyżeczką miodu. Musiałam się uśmiechnąć, bo on to zauważył.
- Lubi pani kawę zbożową? - zapytał. - Mam dwa kubki. Jeśli pani nie śpieszy.
Nie śpieszyłam się. Do czego miałam się śpieszyć? Do rozłożenia prania? Do ciszy w kuchni, w której jedynym dźwiękiem jest tykanie zegara i Ryszard odkaszlujący za ścianą?
Usiadłam na stołku między wiadrami z frezjami. On podał mi kubek - biały, z małym pęknięciem na uszku. Powiedział, że ma na imię Bogdan. Że kwiaciarnię otworzył po śmierci żony, bo ona zawsze marzyła o kwiaciarni, a on po czterdziestu latach na kolei wreszcie ma czas i tę rentę. Że przeprowadził się z Wrocławia, bo tutaj jest taniej. Że wieczorami czyta Sienkiewicza, bo żona to lubiła, a on się przyzwyczaił.
Mówił spokojnie. Bez pośpiechu, bez potrzeby imponowania. Słuchałam go i myślałam: kiedy ostatnio ktoś opowiedział mi o sobie? Kiedy ostatnio ktoś zapytał, czy lubię kawę zbożową, zamiast powiedzieć „zrób mi herbatę"?
Nie powiedziałam o tym Ryszardowi tego wieczoru. Ani następnego. Nakryłam do kolacji, postawiłam tulipany w wazonie, a on pokiwał głową i powiedział: „Znowu kwiaty? Zaraz nie będzie gdzie talerza postawić". I wrócił do telewizora.
W kolejne czwartki chodziłam do kwiaciarni jak na umówione spotkanie. Bogdan nie dzwonił, nie pisał, nie zapraszał. Po prostu był. Parzył kawę zbożową, ja siadałam na tym samym stołku, a on opowiadał o irysach albo o tym, jak żona uczyła go rozróżniać odmiany róż. Ja mu opowiadałam o mamie i działce w Puszczykowie. O córce Karolinie, która wyjechała do Gdańska i dzwoni raz na dwa tygodnie. O tym, że kiedyś szyłam sukienki na maszynie Singer, ale Ryszard potrzebował miejsca na swoje narzędzia i maszynę wyniosłam do piwnicy.
- I co? - zapytał Bogdan. - Szyje pani jeszcze?
- Nie - odpowiedziałam. - Piwnica jest wilgotna. Maszyna pewnie zardzewiała.
On milczał przez chwilę, a potem powiedział cicho: „Szkoda. Ludzie za łatwo rezygnują z tego, co lubią".
I to zdanie zostało ze mną na cały wieczór. Na całą noc. Leżałam obok Ryszarda, który chrapał miarowo jak co noc, i myślałam o maszynie Singer w piwnicy. O tulipanach mamy. O kawie zbożowej z miodem. O tym, że Bogdan zapytał mnie, czy szyję, a Ryszard przez piętnaście lat ani razu nie zapytał, czy mi tej maszyny brakuje.
Nie jestem głupia. Mam pięćdziesiąt sześć lat i wiem, jak to wygląda z boku. Sąsiadka Jola z trzeciego piętra widziała mnie raz wychodzącą z kwiaciarni i powiedziała: „Dorota, ładne tulipany. Często tam chodzisz, co?". W jej głosie było więcej niż ciekawość. Był już osąd.
Ale między mną a Bogdanem nic się nie wydarzyło. Żadnego dotyku, żadnego spojrzenia, które mogłabym nazwać dwuznacznym. On mówi do mnie „pani Dorota", ja do niego „panie Bogdanie". Pijemy kawę zbożową w kubkach z pęknięciami. I rozmawiamy. Tylko tyle.
Tylko tyle - a jednak nie mówię o tym mężowi.
Bo wiem, że gdybym powiedziała, Ryszard wzruszyłby ramionami albo mruknął: „A co ja, zabraniać ci mam?". I to byłoby gorsze niż awantura. Bo awantura znaczyłaby, że mu zależy. A wzruszenie ramion oznacza to, co oboje wiemy od lat, ale nie nazywamy - że żyjemy obok siebie jak dwa meble w tym samym pokoju. Pasujemy do siebie kształtem. Nie przeszkadzamy. Ale gdyby ktoś jeden z nas wyniósł, drugi by tego nie zauważył przez tydzień.
W sobotę rano zeszłam do piwnicy. Maszyna Singer stała w kącie, przykryta folią i starym obrusem. Odkurzyłam ją. Mechanizm nie zardzewiał. Zaniosłam ją na górę, postawiłam na stole w małym pokoju. Ryszard zajrzał, zobaczył i powiedział: „A to po co?".
- Chcę znowu szyć - odpowiedziałam.
Pokiwał głową i poszedł do garażu. A ja usiadłam przed maszyną, dotknęłam pedału stopą i poczułam to samo, co czuję w kwiaciarni przy kawie zbożowej - że jeszcze jestem. Że to jeszcze nie koniec.
Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy jutro znowu pójdę po tulipany, czy Bogdan znowu zaparzy kawę, czy Jola z trzeciego piętra powie coś Ryszardowi. Nie wiem, czy to, co czuję, to jest coś, czy to tylko tęsknota za czymś, co dawno mi odebrano. A może za czymś, z czego sama zrezygnowałam - tak cicho, że nawet tego nie usłyszałam.
Wiem tylko, że maszyna Singer stoi na stole. I że jutro jest czwartek.