
Spotkałam go na przyjęciu u kuzynki. Nie widziałam go 40 lat - ostatni raz na studniówce w Tarnowie. Poprosił mnie do tańca. Mąż stał przy stole z piwem i nie zauważył.
A może zauważył, tylko nie zareagował. Z Andrzejem jest tak od lat - jest obok, ale nie ze mną. Stoi, trzyma piwo, kiwa głową do szwagra, komentuje mecz. Ja mogę tańczyć z kim chcę, mogę wyjść, mogę nie wrócić - on to odnotuje dopiero przy kolacji, kiedy zabraknie mu kogoś, kto poda sól.
Ale zaczynam od złej strony. Powinnam zacząć od tego, jak kuzynka Marzena zadzwoniła trzy tygodnie wcześniej i powiedziała: „Grażyna, robię sześćdziesiątkę, ale na bogato. Namiot w ogrodzie, zespół, catering. Musisz przyjechać z Andrzejem." Marzena mieszka pod Krakowem, my w Tarnowie - godzina drogi. Andrzej nie chciał jechać, bo sobota, bo działka, bo pomidory trzeba podwiązać. Ale pojechał, bo powiedziałam, że jadę tak czy inaczej.
I dobrze, że pojechał. I źle, że pojechał. Bo gdyby został z tymi pomidorami, nie musiałabym teraz kłamać. A może właśnie musiałabym - tyle że nie miałabym przed kim.
Na przyjęciu było z osiemdziesiąt osób. Marzena ma wielką rodzinę ze strony męża, do tego sąsiedzi, koleżanki z pracy, dawni znajomi. Kiedy podeszłam do stołu z sałatkami, usłyszałam za plecami: „Grażyna? Grażyna Wilk? Znaczy - pewnie już nie Wilk?" Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę z siwymi, przystrzyżonymi króciutko włosami, w białej koszuli z podwiniętymi rękawami. Miał opalony kark i uśmiech, który rozpoznałam natychmiast, mimo czterdziestu lat.
Ryszard Kępa. Moja studniówka. Tarnów, rok osiemdziesiąty czwarty. Biała sukienka, którą szyła mama przez trzy noce. I on - wysoki, trochę niezdarny chłopak z równoległej klasy, który poprosił mnie do tańca i tańczył tak, jakby w butach miał cegły. Pamiętam, że się śmiałam, a on się rumienił i mówił: „Przepraszam, przepraszam", a potem wyszliśmy na korytarz i staliśmy przy parapecie, i gadaliśmy do trzeciej w nocy. O czym? Nie pamiętam. O wszystkim. O niczym. Miałam osiemnaście lat.
Potem się nie widzieliśmy. Tak po prostu. On pojechał na studia do Wrocławia, ja zostałam w Tarnowie, poszłam do szkoły policealnej, zostałam księgową. W osiemdziesiątym siódmym wyszłam za Andrzeja - elektryk, solidny, pracowity. Kochałam go? Chyba tak. Na pewno mi z nim było bezpiecznie. A bezpieczeństwo w tamtych czasach to było dużo.
„Ryszard" - powiedziałam i sama się zdziwiłam, jak naturalnie brzmiało to imię w moich ustach. Jakby nie minęło czterdzieści lat. Jakby wczoraj.
„Pamiętasz mnie" - uśmiechnął się i ten uśmiech - Boże, ten sam uśmiech. Trochę krzywy, jakby się bał, że zaraz zostanie wyśmiany.
Rozmawialiśmy. O dzieciach - on ma syna w Londynie, ja mam dwie córki, jedną w Krakowie, drugą w Warszawie. O wnukach - on jednego, ja troje. O życiu - on owdowiał pięć lat temu. Pracował jako inżynier w firmie budowlanej, teraz na emeryturze. Wrócił z Wrocławia w okolice Krakowa, bo „bliżej gór, bliżej spokoju". Mówił o żonie ciepło, bez dramatyzmu. „Dobra była kobieta. Miałem szczęście."
I wtedy zespół zagrał coś wolnego, jakiś stary przebój, chyba Budkę Suflera. Ryszard wyciągnął rękę. „Zatańczymy? Tym razem obiecuję nie nadeptywać."
Powinnam była powiedzieć nie. Albo przynajmniej powinnam była zerknąć na Andrzeja. Ale nie zerknęłam, bo wiedziałam, co zobaczę - stoi przy stole, piwo w ręce, rozmawia z kimś o samochodach albo o pogodzie. I nie zerknie na mnie.
Tańczyliśmy. Ryszard pachniał czymś świeżym - nie tanimi perfumami, ale czymś jak pranie suszone na wietrze. Trzymał mnie lekko, ale pewnie. Nie mówiliśmy nic. I w tej ciszy, w tym kołysaniu się na trawie pod namiotem, poczułam coś, czego nie czułam od tak dawna, że nie umiałam tego nazwać. Nie pożądanie - to byłoby proste. Raczej jakieś rozpoznanie. Jakby ktoś otworzył okno w pokoju, w którym od lat oddychałam tym samym powietrzem.
Kiedy muzyka się skończyła, staliśmy jeszcze chwilę naprzeciwko siebie. Ryszard powiedział cicho: „Możemy się kiedyś spotkać? Na kawie. Normalnie. Po ludzku."
„Jestem mężatką" - odpowiedziałam, jakby to było wystarczające wyjaśnienie czegokolwiek.
„Wiem. Widziałem go. Pytam poważnie - na kawie. Chcę z tobą porozmawiać. Czterdzieści lat to dużo."
Powiedziałam, że pomyślę. I myślę od trzech tygodni.
Bo to nie jest tak, że Andrzej jest złym mężem. Nie pije, nie bije, nie zdradza - a przynajmniej nie mam powodów, żeby tak myśleć. Trzydzieści siedem lat razem. Wspólny kredyt spłacony, mieszkanie w bloku na Grabówce, działka ROD z tymi jego pomidorami i ogórkami. Córki zdrowe, wnuki zdrowe. Na papierze - ideał.
Tylko że na papierze to jeszcze nie życie. Andrzej mnie nie widzi. Nie widzę tego od wczoraj - widzę to od lat. Pytanie „jak się czujesz?" zadaje mi lekarz, nie mąż. Ostatni raz Andrzej pogłaskał mnie po włosach chyba przy pogrzebie mojej mamy, osiem lat temu. I to chyba dlatego, że tak się robi - głaszcze się kogoś, kto płacze.
Marzena dzwoniła wczoraj. Najpierw o przepisie na sernik, potem jak gdyby nigdy nic: „A wiesz, Ryszard pytał o ciebie. Dałam mu twój numer. Mam nadzieję, że to nie problem?"
Nie odpowiedziałam od razu. Marzena znała mnie na wylot, więc dodała: „Grażynka, nie rób głupot. Ale nie rób też czegoś gorszego - nie rób nic."
Nie wiem, co jest głupotą. Spotkać się z kimś na kawie? Czy raczej nie spotkać się - i za kolejne czterdzieści lat, których pewnie nie mam, dalej siedzieć w kuchni, słuchając, jak Andrzej ogląda Wiadomości w drugim pokoju?
Dzisiaj rano wyjęłam telefon i zobaczyłam wiadomość od nieznanego numeru. „Grażyna, tu Ryszard. Nie chcę być nachalny. Ale gdybyś chciała - jestem w sobotę w Tarnowie. Kawiarnia na Rynku, ta przy fontannie. O dwunastej. Jeśli nie przyjdziesz, zrozumiem."
Przeczytałam tę wiadomość cztery razy. Potem skasowałam. Potem sprawdziłam, czy da się ją odzyskać z kosza. Da się.
Jest czwartek. Do soboty dwa dni. Andrzej rano wyjeżdża na działkę, wraca wieczorem. Nie musiałabym nikomu nic tłumaczyć. Mogłabym po prostu wyjść z domu, przejść się na Rynek, usiąść przy stoliku. Wypić kawę. Porozmawiać.
Tylko że ja wiem - i Ryszard wie, i Marzena wie, i pewnie każdy, kto to czyta, wie - że to nie będzie tylko kawa.
Nie dlatego, że od razu wylądujemy w łóżku. Nie jestem nastolatką. Ale dlatego, że ta kawa otworzy drzwi, które zamknęłam czterdzieści lat temu. I nie wiem, czy będę potrafiła je potem z powrotem zamknąć. I nie wiem, czy chcę.
Andrzej siedzi teraz w salonie. Ogląda coś o remontach. Za chwilę krzyknie: „Grażyna, zrobiłabyś herbaty?" - tak jak co wieczór. I ja wstanę, i nastawię czajnik, i zaniosę mu kubek, i on powie „dzięki" bez oderwania wzroku od ekranu.
A w mojej torebce, w wewnętrznej kieszonce, leży karteczka. Zapisałam na niej numer Ryszarda, zanim skasowałam wiadomość. Na wszelki wypadek. Sama nie wiem - na wypadek czego.