
Syn poprosił, żebym podsłuchała jego żonę, bo podejrzewa, że ma kogoś. Odmówiłam. Od tamtej pory nie pozwala mi widywać wnuków - mówi, że wybieram stronę synowej.
To było w marcu, w sobotę. Pamiętam, bo dzień wcześniej kupiłam na bazarku pierwsze tulipany - żółte, takie lekko rozwarte, które za dwa dni i tak opadną. Stałam z nimi w przedpokoju, szukając wazonu, kiedy Grzegorz zadzwonił. Nie pytał, jak się czuję, nie zagadał o pogodę. Powiedział wprost: „Mamo, muszę cię o coś poprosić. Ale to poważna sprawa."
Serce mi przyspieszyło, bo kiedy twoje jedyne dziecko mówi takim tonem - głuchym, ściśniętym, jakby dusił w sobie coś od tygodni - to od razu myślisz o najgorszym. O chorobie. O wypadku. O czymś, czego nie da się cofnąć.
Ale to nie było nic z tych rzeczy. Grzegorz powiedział mi, że Marta - jego żona od jedenastu lat, matka moich dwójki wnuków - prawdopodobnie go zdradza. I że chce, żebym jej pilnowała. Dokładnie tak to ujął: „Pilnowała." Jakbym była detektywem, a nie sześćdziesięciotrzyletnią emerytowaną księgową z bloku na Gocławiu.
„Mamo, ty z nią najczęściej zostajesz. Jak przychodzisz do dzieci w środy, ona wychodzi na te swoje jogi. Mogłabyś sprawdzić jej telefon. Albo po prostu posłuchać, z kim rozmawia, kiedy myśli, że nie słyszysz."
Stałam z tymi tulipanami w ręku i miałam wrażenie, że podłoga pode mną lekko drży. Nie dlatego, że byłam zaskoczona podejrzeniami - w każdym małżeństwie bywają kryzysy, wiem to lepiej niż ktokolwiek, bo z Henrykiem przeżyłam własne piekło, zanim odszedł piętnaście lat temu. Nie, ziemia drżała dlatego, że mój syn - mój mądry, spokojny Grzegorz, inżynier w firmie budowlanej, człowiek, który zawsze myślał dwa kroki do przodu - prosił mnie o coś, co było po prostu złe.
„Nie zrobię tego" - powiedziałam.
Cisza. Długa, gęsta. Słyszałam, jak oddycha.
„Grzegorz, posłuchaj. Jeśli masz podejrzenia, porozmawiaj z Martą. Albo idźcie do kogoś, do terapeuty. Ale ja nie będę grzebać w jej telefonie. To nie jest moja rola."
„Czyli wolisz ją chronić niż własnego syna" - powiedział. I się rozłączył.
Od tamtej soboty minęły trzy miesiące. Nie widziałam Zosi ani Kubusia. Zosia ma osiem lat, Kubuś pięć. Zosia w zeszłym tygodniu miała występ w szkole - śpiewała w chórze. Wiem o tym, bo Marta wysłała mi zdjęcie. Kubuś stracił pierwszy mleczny ząb. Też wiem od Marty, nie od syna.
Bo Marta dalej do mnie pisze. Dzwoni w niedziele, pyta o zdrowie, opowiada o dzieciach. To jest ta ironia, która mnie dobija - synowa, którą powinnam podsłuchiwać, traktuje mnie lepiej niż własny syn.
Grzegorz odbiera moje telefony, ale rozmowy są krótkie jak recepta. „Wszystko dobrze. Dzieci zdrowe. Nie, w weekend się nie da, mamy plany." Kiedy pytam wprost, kiedy mogę przyjść, słyszę: „Mamo, wiesz, co musisz zrobić."
A ja nie wiem. To znaczy - wiem, czego on oczekuje. Ale nie potrafię tego zrobić.
Próbowałam porozmawiać z nim na spokojnie. Pojechałam do nich na Ursynów niespodziewanie, z sernikiem, który Zosia uwielbia. Grzegorz otworzył drzwi, popatrzył na sernik, potem na mnie, i powiedział: „Fajnie, że przyjechałaś, ale Marta zaraz wraca z dziećmi i wolałbym, żebyś nie zostawała." Stałam na klatce schodowej, czując się jak obca w domu, który pomagałam im urządzać. Przypomniałam sobie, jak razem z Martą wybierałyśmy płytki do łazienki, jak ona trzymała próbki przy ścianie i śmiała się, że wszystkie wyglądają tak samo.
Zostawiłam sernik i wróciłam na Gocław.
W autobusie myślałam o tym, czy może powinnam zrobić to, o co prosił. Wejść w środę, kiedy Marta idzie na jogę, zajrzeć do jej telefonu. Może znalazłabym coś - albo właśnie nic bym nie znalazła, i wtedy Grzegorz by się uspokoił, i wszystko wróciłoby do normy. Przez chwilę ta myśl była kusząca jak ciepły herbatnik do herbaty - prosta, słodka, natychmiastowa.
Ale potem pomyślałam o Marcie. O tym, jak przyniosła mi leki, kiedy w styczniu leżałam z grypą i Grzegorz nie mógł przyjechać, bo miał oddanie projektu. Jak siedziała przy mnie dwie godziny i opowiadała o Zosi, która chce być weterynarzem. Jak zapytała, czy potrzebuję czegoś z apteki, i wróciła z lekami, sokiem malinowym i słoikiem rosołu, który ugotowała rano.
Nie mogłam powiedzieć „tak" Grzegorzowi, nie zdradzając Marty. Ale mówiąc „nie" - zdradziłam syna. Przynajmniej tak to widzi on.
Koleżanka Lucyna, z którą chodzę na spacery po Parku Skaryszewskim, powiedziała mi wprost: „Bożena, on cię szantażuje wnukami. Musisz mu to powiedzieć." Łatwo mówić. Lucyna ma troje dzieci i dwanaścioro wnuków, u niej zawsze ktoś się odzywa, ktoś przyjeżdża, ktoś dzwoni. Ja mam jednego syna. I dwoje wnuków, za którymi tęsknię tak, że czasem w nocy nie mogę zasnąć.
Myślę wtedy o Zosi, jak biegła do mnie na działce, z tymi swoimi warkoczykami, wrzeszcząc „Babciu, babciu, znalazłam biedronkę!" I o Kubusiu, który przy każdym pożegnaniu mówił „Babciu, a kiedy znowu?"
Kiedy znowu. Nie wiem, dziecko.
Ostatnio zdarzyła się rzecz, która mną wstrząsnęła. Marta zadzwoniła w niedzielę wieczorem - nie w swoim zwykłym ciepłym tonie, ale cicho, jakby stała w łazience i pilnowała, żeby nikt nie słyszał. Powiedziała: „Proszę pani... mamo... ja nie wiem, co się dzieje z Grzegorzem. On się zmienił. Sprawdza mój telefon, przebiegi w samochodzie, pyta Zosię, kto odbierał ją ze szkoły. Ja nie mam nikogo innego, przysięgam. Ale on mi nie wierzy."
Milczałam, bo co miałam powiedzieć? Że wiem? Że prosił mnie, żebym ją szpiegowała? Nie powiedziałam jej tego. Do dziś nie wiem, czy powinnam była.
Są noce, kiedy leżę w ciemności i zadaję sobie pytanie, którego nie potrafię wypowiedzieć głośno: a co, jeśli Grzegorz ma rację? Co, jeśli Marta rzeczywiście kogoś ma, a ja swoją odmową pozwoliłam, żeby mój syn żył w kłamstwie? Może moja lojalność wobec synowej to tak naprawdę tchórzostwo - bo łatwiej mi było powiedzieć „nie" niż ryzykować, że znajdę coś, z czym nie umiałabym żyć.
A potem przychodzi ranek i myślę inaczej. Myślę, że nawet gdyby Marta miała kogoś - to nie jest moja sprawa. Że matka nie powinna być szpiegiem. Że między mężem a żoną jest przestrzeń, do której rodzice nie mają prawa wchodzić, choćby bardzo chcieli.
W zeszły czwartek zrobiłam coś, czego się trochę wstydzę. Pojechałam pod szkołę Zosi na piętnastą, kiedy kończą się lekcje. Stałam po drugiej stronie ulicy, za przystankiem. Zobaczyłam ją - wyszła z koleżanką, plecak różowy, warkoczyki, buty sportowe. Śmiała się z czegoś. Po chwili podbiegła do Marty, która czekała przy bramie z Kubusiem za rękę. Marta przygładziła Zosi włosy, coś powiedziała, i poszły w stronę samochodu.
Nie podeszłam. Stałam i patrzyłam, aż znikły za rogiem.
Wróciłam do domu, postawiłam wodę na herbatę. Telefon leżał na blacie, cichy. Pomyślałam, że mogłabym teraz zadzwonić do Grzegorza i powiedzieć: „Dobrze. Zrobię to. Powiedz mi tylko, kiedy." Jedno zdanie - i odzyskałabym wnuki, środowe obiady, biedronki na działce, cały ten kawałek życia, który mi zabrał.
Herbata wystygła, zanim podniosłam słuchawkę. Wypiłam ją zimną, gorzką, i nadal nie wiem, co powinnam zrobić jutro.