
Wnuczka zadzwoniła do mnie w nocy. Ma 16 lat. Powiedziała, że mama - moja córka - od tygodnia nie wraca na noc. Rano córka napisała mi SMS: „Nie mieszaj się".
Nie mieszaj się. Dwa słowa. Przeczytałam je siedem razy, jakby za ósmym miały zmienić znaczenie. Telefon leżał na kołdrze, a ja siedziałam na łóżku z rękami na kolanach i próbowałam oddychać spokojnie. Zegar w przedpokoju tykał tak głośno, jakby chciał mi przypomnieć, że czas płynie, a ja nic nie robię.
Majka zadzwoniła o drugiej dwadzieścia trzy. Widziałam godzinę na wyświetlaczu, bo i tak nie spałam - od kilku tygodni budzi mnie kolano, takie opuchnięte, że ledwo schodzę ze schodów do piwnicy. Odebrałam od razu, bo wnuczka nigdy nie dzwoni w nocy. Nigdy.
- Babciu, ja nie wiem, co mam robić - powiedziała szeptem, jakby ktoś mógł ją usłyszeć, chociaż pewnie była sama w tym mieszkaniu na Pradze. - Mamy nie ma od poniedziałku. To znaczy, rano przychodzi, kiedy ja idę do szkoły, ale w nocy śpię sama. Dziś nawet rano nie przyszła.
Serce mi stanęło. Renata, moja jedyna córka, czterdzieści dwa lata, fryzjerka z własnym salonem na Targowej. Kobieta, która zawsze powtarzała, że Majka jest dla niej całym światem. Kobieta, która po rozwodzie z Dariuszem trzy lata temu powiedziała mi: „Mamo, dam radę sama, nie potrzebuję żadnego faceta".
- Majka, a próbowałaś do mamy dzwonić? - zapytałam, siadając prościej.
- Babciu, dzwonię codziennie. Pisze, że jest u koleżanki. Ale ja znam jej koleżanki. Żadna nic nie wie.
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam w swoim bloku na Bielanach, w tym samym mieszkaniu, w którym wychowałam Renatę, i myślałam o tym, że moja córka zachowuje się jak ktoś, kogo nie znam. Renata była zawsze tą odpowiedzialną. Tą, która w podstawówce odrabiała lekcje bez przypominania. Tą, która po śmierci mojego Zbyszka - osiem lat temu, rak płuc, trzy miesiące od diagnozy - przyjechała do mnie na dwa tygodnie i gotowała rosół, bo wiedziała, że sama nie byłam w stanie wstać z fotela.
O szóstej rano napisałam do niej SMS-a. Spokojnego, przemyślanego. „Reniu, Majka do mnie dzwoniła. Martwię się. Zadzwoń, jak będziesz mogła." Po godzinie przyszła odpowiedź. Te dwa słowa. „Nie mieszaj się".
Przez trzy dni próbowałam nie mieszać się. Robiłam zakupy na bazarku pod blokiem, podlewałam pomidory na balkonie, rozmawiałam z Krysią z trzeciego piętra o tym, że znowu podnieśli opłaty za wodę. Normalność. Udawana, sztuczna normalność, pod którą trzęsły mi się ręce za każdym razem, kiedy spojrzałam na telefon.
Majka pisała do mnie codziennie. Krótko, rzeczowo, jak dorosła, nie jak szesnastolatka. „Mama była rano. Wyglądała ładnie. Pachniała innymi perfumami niż zwykle. Wzięła rzeczy i pojechała." Albo: „Dziś znowu nie przyszła na noc. Zamknęłam drzwi na dwa zamki." Te wiadomości czytałam po kilka razy, a potem odkładałam telefon ekranem do dołu, jakby to mogło sprawić, że problem zniknie.
Czwartego dnia nie wytrzymałam. Wsiadłam w autobus na Bielanach, przejechałam pół Warszawy i stanęłam pod salonem Renaty na Targowej. Witryna czysta, kwiatki w doniczkach, w środku Aneta - pracownica Renaty - suszyła włosy jakiejś starszej pani.
- Dzień dobry, pani Grażyno - powiedziała Aneta z uśmiechem, który zgasł, kiedy zobaczyła moją minę. - Renaty nie ma. Od tygodnia przychodzi na godzinę, dwie, i znika. Pani Grażyno, ja nie chcę się wtrącać, ale klientki pytają...
- Gdzie ona jest, Aneta?
Aneta odłożyła suszarkę. Popatrzyła na mnie tym wzrokiem, którym się patrzy, kiedy wie się za dużo i nie chce się mówić za wiele.
- Chodzi z kimś. Nie wiem, z kim. Ale widziałam, jak podjechał po nią ktoś srebrnym BMW. Dwa razy.
Wyszłam z salonu i usiadłam na ławce przy przystanku. Kwiecień był ciepły, lipy nad Targową zaczynały puszczać liście, a ja czułam zimno, jakby ktoś otworzył okno w środku zimy. Moja córka, ta sama Renata, która po rozwodzie płakała u mnie w kuchni i mówiła, że już nigdy nie pozwoli nikomu sobą rządzić - teraz zostawiała szesnastoletnią córkę samą na noce. Dla kogoś w srebrnym BMW.
Pojechałam do Majki. Otworzyła mi drzwi w dresie, z włosami ściągniętymi w kucyk, i wyglądała na starszą, niż powinna. Na stole stał kubek po herbacie i otworzony podręcznik do biologii. Mieszkanie było czyste - Majka sama odkurzała, sama robiła pranie. Zauważyłam, że w lodówce jest masło, chleb, ser i pięć jogurtów. Zakupy robiła za pieniądze, które Renata zostawiała na blacie w kopercie.
- Babciu, nie chcę, żebyś się z mamą pokłóciła przeze mnie - powiedziała cicho, patrząc na swoje dłonie. - Może to przejdzie. Może ona po prostu musi... no, nie wiem. Odpocząć.
Odpocząć. Szesnastoletnia dziewczyna tłumaczy matkę, szuka dla niej wymówek, bo tak bardzo się boi, że jeśli ktoś powie prawdę na głos, cała konstrukcja się posypie.
- Majka, zbieraj się. Jedziesz do mnie - powiedziałam tonem, którego nie używałam od lat.
Pojechałyśmy na Bielany. Majka zasnęła w pokoju, który kiedyś był pokojem Renaty - nadal wisiały tam plakaty z Titanica, bo nigdy nie miałam serca ich zdjąć. Zrobiłam herbatę z cytryną i usiadłam przy stole. Wybrałam numer córki.
Odebrała po piątym sygnale. W tle muzyka, śmiech, brzęk kieliszków.
- Mamo, mówiłam ci, żebyś się nie mieszała.
- Renata, Majka jest u mnie. Była sama piąty dzień z rzędu.
Cisza. Dłuższa niż powinna.
- Mamo, ona ma szesnaście lat, nie sześć. Dam radę to ogarnąć.
- Nie dajesz rady, Reniu. I obie o tym wiemy.
Usłyszałam, jak wciąga powietrze. Kiedy się odezwała, jej głos był inny. Ostrzejszy. Ale pod spodem słyszałam coś jeszcze - strach, a może wstyd.
- Masz sześćdziesiąt dwa lata, mamo. Całe życie poświęciłaś tatowi, a potem mnie, a potem Majce. A ja chcę raz - rozumiesz - raz w życiu mieć coś swojego. Coś, co nie jest obowiązkiem.
To zdanie wbiło mi się pod żebra. Bo było w nim prawda. Bolesna, skomplikowana, niesprawiedliwa - ale prawda. Ja rzeczywiście całe życie byłam dla kogoś. Dla Zbyszka, który gasł w szpitalu. Dla Renaty, która gasła po rozwodzie. Dla Majki, gdy Renata pracowała po dwanaście godzin. Czy miałam prawo wymagać od córki, żeby robiła to samo? Czy macierzyństwo oznacza, że nigdy, przenigdy, nie wolno ci myśleć o sobie?
Ale Majka. Majka, która zamyka drzwi na dwa zamki. Majka, która kupuje sobie jogurty za pieniądze z koperty. Majka, która dzwoni do babci w nocy, bo nie ma do kogo innego zadzwonić.
- Przyjedź jutro na obiad - powiedziałam. - Pogadamy na spokojnie. Bez krzyku. Majka będzie u mnie.
- Nie wiem, czy mogę jutro.
- Renata.
Cisza. Muzyka w tle cichła, jakby wyszła z pokoju albo zamknęła drzwi.
- Dobrze, mamo. Przyjadę.
Odłożyłam telefon i zostałam z herbatą, która zdążyła wystygnąć. Z pokoju Majki nie dochodził żaden dźwięk - spała tak twardo, jak tylko śpią zmęczone dzieci. Na ścianie, nad starą meblościanką Zbyszka, wisiało zdjęcie z komunii Renaty. Biała sukienka, warkocz, uśmiech od ucha do ucha. Obok stałam ja - młodsza o trzydzieści lat, z ręką na jej ramieniu. Trzymałam ją. Zawsze ją trzymałam.
Jutro przyjedzie na obiad. Albo nie przyjedzie. Ugotowałam rosół na wszelki wypadek - taki jak zawsze, z marchewką, pietruszką i kluskami, które Majka lubi. Postawiłam trzy talerze na stole i stałam nad nimi przez chwilę, nie wiedząc, czy robię dobrze, czy tylko powtarzam ten sam schemat, w którym kobieta z mojej rodziny znowu rezygnuje ze wszystkiego, żeby ratować następne pokolenie.
Trzy talerze. I pytanie, na które nie znam odpowiedzi.