
Dałam szwagerce 6 tysięcy na na operację kolana. Cztery tygodnie później wpadłam na jej sąsiadkę i usłyszałam coś, co nie daje mi spokoju do dziś.
Stałam na chodniku przed Biedronką na Gocławiu z reklamówką pełną pomidorów i jogurtów, a w głowie mi huczało. Sąsiadka Bożeny - Halina, taka drobna kobieta w kwiecistej kurtce - właśnie powiedziała mi zdanie, które przewróciło wszystko do góry nogami. Potem przeprosiła, że się spieszy po wnuka do przedszkola, i odeszła. A ja zostałam z tymi pomidorami i z czymś, czego nie umiałam nazwać. Nie był to jeszcze gniew. To przyszło później.
Muszę cofnąć się o kilka miesięcy, żebyście zrozumieli.
Z Bożeną - żoną mojego brata Andrzeja - znamy się dwadzieścia trzy lata. Tyle, ile trwa ich małżeństwo. Na początku byłyśmy jak siostry. Razem robiłyśmy pierogi na Wigilię, razem woziłyśmy dzieci na basen na Pradze, razem szłyśmy na cmentarz pierwszego listopada, bo Andrzej zawsze miał „coś pilnego w warsztacie". Bożena pracowała jako sprzedawczyni w drogerii na Grochowskiej, ja od dwudziestu lat siedzę w księgowości w firmie budowlanej. Znałyśmy swoje pensje co do złotówki. Wiedziałyśmy o sobie więcej niż nasze mężowie.
Potem coś się zaczęło zmieniać. Powoli, jak rdza na balustradzie - nie widzisz jej miesiącami, a jednego dnia dotykasz i czujesz, że metal już nie trzyma. Bożena zaczęła odwoływać nasze piątkowe herbaty. Przestała dzwonić pierwsza. Na imieninach Andrzeja w październiku siedziała w kącie z telefonem, a kiedy spytałam, czy wszystko w porządku, powiedziała: „Daj spokój, Renata, po prostu kolano mnie zabija".
To kolano. Miała z nim problem od lat - zwyrodnienie, chodzenie po schodach na trzecie piętro w bloku bez windy, kolejki w NFZ, które ciągnęły się jak guma do żucia. W grudniu zadzwonił do mnie Andrzej.
- Renata, posłuchaj - zaczął tym swoim głosem, który zawsze oznaczał, że będzie prosił o coś, czego sam nie potrafi powiedzieć. - Bożena dostała termin na operację. Prywatnie. Ale potrzebujemy sześć tysięcy, bo NFZ to jeszcze rok czekania, a ona ledwo chodzi.
Sześć tysięcy to dużo. Mój mąż Tomek jest elektrykiem, ja zarabiam przyzwoicie, ale mamy kredyt za mieszkanie i córkę na studiach we Wrocławiu. Wieczorem usiadłam z Tomkiem przy kuchennym stole, nad herbatą z cytryną i rachunkami za gaz.
- To twoja rodzina - powiedział Tomek. Bez entuzjazmu, ale bez sprzeciwu. - Jak chcesz dać, daj. Tylko żeby potem nie było, że zapomną.
- Andrzej to mój brat. Nie zapomni.
Tomek pokiwał głową i wrócił do swoich rachunków. Następnego dnia przelałam Bożenie sześć tysięcy złotych. Napisała mi SMS: „Renatko, jesteś anioł. Nie zapomnę ci tego do końca życia. Jak dojdę do siebie, to zapraszam na obiad, zrobię twoje ulubione gołąbki". Uśmiechnęłam się. Odpisałam: „Zdrowiej, reszta nieważna".
Przez następne tygodnie pisałam do niej kilka razy. Pytałam, kiedy operacja, jak się czuje, czy potrzebuje pomocy z zakupami. Odpowiedzi były krótkie. „Dzięki, daję radę". „Jeszcze czekam na termin". „Andrzej mi pomaga". Nie zapraszała mnie, nie proponowała spotkania. Pomyślałam, że pewnie jest jej wstyd. Ludzie często tak reagują na pożyczone pieniądze - czują się niezręcznie w obecności tego, kto im pomógł. Znałam to z własnego doświadczenia.
A potem był ten kwiecień. Sobota, dwunasta w południe, Biedronka na rogu. Halina z parteru bloku Bożeny.
- O, pani Renata! Dawno się nie widziałyśmy. A pani szwagierka to teraz nie do poznania, co? - Halina mówiła szybko, z tym swoim uśmiechem, który zawsze trochę mnie drażnił, bo nigdy nie wiedziałam, ile w nim życzliwości, a ile ciekawości.
- Co pani ma na myśli?
- No, ta kuchnia nowa. Piękna, mówię pani. Bożena mi pokazywała we wtorek. Białe szafki, blat taki kamienny, płyta indukcyjna. Mówi, że z Castoramy, ale ja myślę, że to droższy sklep. I jeszcze mówi, że w maju jadą z Andrzejem do tego sanatorium nad morze, do Kołobrzegu. Żyć nie umierać!
Pomidory w reklamówce nagle zrobiły się bardzo ciężkie.
- A kolano? - spytałam. - Miała operację.
Halina zamrugała.
- Kolano? A, to chyba nie, bo we wtorek chodziła normalnie po schodach. Znaczy, trochę utykała, jak zawsze, ale żadnej operacji chyba nie było, bo nic nie mówiła. A przecież by mówiła, pani wie, jaka Bożena jest gadatliwa.
Halina pobiegła po wnuka. Ja stałam z pomidorami. Kwiecień pachniał kwitnącymi lipami, gdzieś za blokiem jakieś dziecko piszczało na huśtawce, a ja miałam wrażenie, że ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg.
Nie zadzwoniłam do Bożeny od razu. Przez trzy dni chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Układałam w głowie scenariusze. Może Halina się myli. Może kuchnia była planowana wcześniej, z oszczędności. Może operacja dopiero będzie. Może sanatorium to nie sanatorium, tylko wczasy za grosze z jakiegoś kuponu. Chciałam znaleźć wytłumaczenie, bo alternatywa była taka, że Bożena - moja Bożena, ta od wspólnych pierogów i piątkowych herbat - po prostu mnie okłamała.
We wtorek wieczorem nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do Andrzeja.
- Słuchaj, jak tam Bożena z tym kolanem?
Cisza. Dwie sekundy, może trzy, ale wystarczyły.
- Dobrze, dobrze - powiedział za szybko. - Wszystko idzie zgodnie z planem.
- Z jakim planem, Andrzej?
- No, z planem leczenia. Słuchaj, Renata, muszę lecieć, bo mam klienta w warsztacie. Pogadamy w weekend, dobra?
Nie pogadaliśmy w weekend. Ani w następny. Andrzej przestał odbierać moje telefony w normalnych godzinach - oddzwaniał wieczorem, krótko, zdawkowo. Bożena nie napisała ani jednego SMS-a.
Powiedziałam Tomkowi. Siedział przy stole, w tym samym miejscu co wtedy w grudniu, i słuchał. Kiedy skończyłam, pokręcił głową.
- A nie mówiłem?
- Nie mówiłeś. Powiedziałeś „jak chcesz dać, daj".
- Bo cię znam. I tak byś dała.
Miał rację. I to bolało prawie tak samo jak reszta.
Minął miesiąc. Potem drugi. Na Dzień Matki córka przyjechała z Wrocławia z kwiatami i sernikiem. Siedzieliśmy we trójkę w kuchni - tej naszej, starej, z szafkami z lat dziewięćdziesiątych - i jedliśmy sernik, i było mi dobrze, i jednocześnie czułam coś, co mnie gryzło od środka.
Bo wiecie, co jest najgorsze? Nie te sześć tysięcy. Pieniądze można odrobić, odłożyć, zapomnieć. Najgorsze jest to, że nie wiem, co zrobić. Zadzwonić do Bożeny i powiedzieć wprost? Wtedy albo się przyzna, albo skłamie po raz drugi, a ja stracę i pieniądze, i resztki tego, co jeszcze między nami zostało. Powiedzieć Andrzejowi, że wiem? To mój brat - ale czy on też mnie okłamał, czy Bożena go w to wciągnęła? A może oboje uznali, że potrzebują tych pieniędzy bardziej niż ja, i po prostu nie mieli odwagi powiedzieć na co?
Tomek mówi: „Odpuść, Renata. Sześć tysięcy za lekcję o ludziach. Tyle kosztowała". Może ma rację. A może nie. Bo jeśli odpuszczę, to znaczy, że zgadzam się na kłamstwo. Że mówię: „Dobrze, możecie mnie okłamać, a ja przełknę". I co wtedy zostanie z tej rodziny?
Wczoraj znalazłam w szufladzie starą fotografię. Wigilia sprzed dziesięciu lat, nasz stół, barszcz, uszka. Bożena śmieje się, Andrzej nalewa wino, ja trzymam na kolanach ich młodszego syna. Patrzyłam na to zdjęcie i myślałam: czy tamta Bożena mnie też okłamywała, tylko jeszcze o tym nie wiedziałam?
Karta SIM w moim telefonie ma jej numer na szybkim wybieraniu. Do dziś go nie skasowałam. I do dziś nie wiem, czy kiedykolwiek go nacisnę.