Syn znalazł mi dom seniora - ładny, z ogrodem, blisko przychodni. Wszystko wyliczył: ile dostanę za mieszkanie, ile kosztuje pobyt, ile zostanie. To „ile zostanie" miał trafić na jego konto.

Broszurę położył przede mną w niedzielę, między sernikiem a drugą herbatą. Błyszczący papier, zdjęcia uśmiechniętych staruszków na tle klombów z różami. „Rezydencja Pod Lipami" - tak się to nazywało. Rezydencja. Jakby chodziło o pałac, a nie o miejsce, gdzie ludzie czekają na koniec.

- Mamo, popatrz spokojnie - powiedział Grzegorz, przysuwając mi broszurę bliżej. - To naprawdę ładne miejsce. Byłem tam, rozmawiałem z dyrektorką. Pokoje jasne, jedzenie trzy razy dziennie, opieka całodobowa. Ogród mają piękny, ławeczki pod drzewami.

Patrzyłam na niego i nie mogłam znaleźć w tej twarzy tego chłopca, który kiedyś płakał, bo chomik mu uciekł pod wannę. Grzegorz ma czterdzieści dwa lata, pracuje w firmie logistycznej we Wrocławiu, jeździ służbowym autem i nosi koszule, które prasuje mu żona Patrycja. Grzeczny syn. Przykładny. Tak o nim mówili sąsiedzi na osiedlu, kiedy jeszcze tu mieszkał, zanim wyjechał do Wrocławia piętnaście lat temu.

Ja, Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat, mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na poznańskim Ratajach, na trzecim piętrze bez windy. Od czterech lat jestem wdową. Kolana bolą na zmianę pogody, kręgosłup po nocach, ale chodzę, gotuję, na zakupy jeżdżę tramwajem albo proszę Krysię z naprzeciwka. Nie jestem staruszką z broszury. Jeszcze nie.

- A teraz popatrz tutaj - Grzegorz wyjął kartkę z tabelką. Cyfry w kolumnach, starannie wydrukowane. - Mieszkanie na Ratajach, w tym stanie, to jakieś czterysta pięćdziesiąt tysięcy. Pobyt w Rezydencji to cztery tysiące osiemset miesięcznie, z pokojami jednoosobowymi z łazienką. Mamo, to wychodzi na siedem lat z górą. A resztę, to co zostanie ze sprzedaży, można odłożyć jako zabezpieczenie. Na moim koncie, żebyś nie musiała się martwić papierami.

Na jego koncie. To zdanie zawisło między nami jak dym z niedogaszonego papierosa.

- Grzegorz, ja jeszcze żyję - powiedziałam. - I mam się nieźle.

- Mamo, nie dramatyzuj. Chodzi o bezpieczeństwo. Co będzie, jak upadniesz na tych schodach? Kto cię znajdzie? Krysia z naprzeciwka? A jak ona wyjdzie do córki na weekend?

Miał swoje argumenty. Przygotowane jak prezentacja w firmie. Pewnie w aucie poćwiczył, jadąc z Wrocławia. Odpowiedź na każdy mój opór, gotowa jak z szuflady. Na schody - winda w Rezydencji. Na samotność - świetlica i wspólne posiłki. Na tęsknotę za domem - mogę zabrać swoje rzeczy, zdjęcia, nawet firanki.

Firanki. Jakby te firanki, które sama szydełkowałam dwadzieścia lat temu, mogły zastąpić widok z mojego okna na podwórko, gdzie kwitną kasztanowce posadzone w roku, kiedy się tu wprowadziliśmy z Tadkiem.

- A co Patrycja na to? - zapytałam, bo chciałam zmienić ton, znaleźć ludzki punkt w tej księgowej rozmowie.

Grzegorz spuścił wzrok. Tylko na sekundę, ale ja to zobaczyłam. Spuścił wzrok dokładnie tak samo jak wtedy, gdy w liceum przyniósł jedynkę z fizyki i próbował mi powiedzieć, że nauczyciel się pomylił.

- Patrycja uważa, że to rozsądne rozwiązanie - odpowiedział ostrożnie.

Rozsądne rozwiązanie. Trzy słowa, które powiedzą ci więcej niż cała broszura. Patrycja i Grzegorz budują dom pod Wrocławiem. Widziałam zdjęcia - duży, z garażem na dwa auta, z tarasem, z pokojem dla każdego dziecka. Dom kosztuje. Kredyt kosztuje. Wykończenie kosztuje. Wiedziałam o tym, bo Grzegorz co jakiś czas napomykał, że płytki do łazienki drożeją, że ekipa budowlana podniosła stawkę, że materiały idą w górę.

Nigdy nie prosił wprost. Grzegorz nie jest typem, który prosi. On organizuje. Planuje. Wylicza. I podsuwa broszury z uśmiechniętymi staruszkami.

Przez tydzień po jego wizycie chodziłam po mieszkaniu i dotykałam ścian. Głupio to brzmi, wiem. Ale kładłam dłoń na tapecie w przedpokoju, tej z drobnymi kwiatkami, którą Tadek klejił w dziewięćdziesiątym trzecim roku, przeklinając pod nosem, bo się krzywiła na łączeniach. Otwierałam szafkę w kuchni i wąchałam półki - nadal pachniały tą olejką cedrodową, którą mama mi kiedyś dała, jeszcze przed śmiercią. Siadałam na balkonie wieczorami, pijąc herbatę z cytryną, i patrzyłam na osiedle - dzieci na placu zabaw, panie z psami, pan Bogdan z drugiej klatki, który co wieczór o dziewiętnastej wychodził na spacer z jamnikiem.

Zadzwoniłam do Krysi.

- No co ty, Halina - powiedziała od razu. - Dom seniora? Zwariował ten twój Grzesiek? Przecież ty jesteś sprawna jak ja, a ja mam pięć lat mniej.

- Krysia, on się martwi - odpowiedziałam, bo tak naprawdę chciałam w to wierzyć.

- Martwi się, ile z mieszkania wyciągnie - Krysia nigdy nie owijała w bawełnę. - Halina, obudź się. Ile on tu był w tym roku? Dwa razy? Na Wielkanoc i teraz? A dzwonił ile razy? Raz w tygodniu, i to krótko, bo mu Patrycja w tle mówi, żeby kończył?

Bolało. Bolało, bo to była prawda, a prawda wypowiedziana głosem kogoś obcego boli inaczej niż ta, którą szepczemy sobie sami w nocy.

Dwa tygodnie później Grzegorz zadzwonił znowu. Rzeczowym tonem powiedział, że w Rezydencji zwolnił się pokój, że dyrekcja może go trzymać do końca miesiąca, ale potrzebna jest decyzja. Że znalazł agencję nieruchomości, która wyceni mieszkanie. Że Patrycja może przyjechać pomóc mi pakować.

Pakować. Sześćdziesiąt osiem lat życia - spakować w kartony.

- Grzegorz - przerwałam mu. - Powiedz mi jedno. Gdybym nie miała tego mieszkania, gdybym miała tylko emeryturę z ZUS-u i nic więcej, też byś mi szukał Rezydencji?

Cisza. Długa. Słyszałam, jak oddycha. Gdzieś za nim szumiała zmywarka albo telewizor.

- Mamo, to niesprawiedliwe pytanie - powiedział w końcu.

- Może - odpowiedziałam. - Ale ja potrzebuję na nie odpowiedzi.

Nie odpowiedział. Powiedział, że musi kończyć, bo Patrycja woła go do kolacji. Że zadzwoni jutro. Zadzwonił cztery dni później.

Tabelkę z jego wyliczeniami schowałam do szuflady, pod rachunki za prąd. Broszurę położyłam na półce obok kryształowego wazonu po mamie i albumu ze zdjęciami z wakacji nad Bałtykiem z osiemdziesiątego szóstego roku.

Wczoraj byłam u notariusza. Nie po to, żeby sprzedawać mieszkanie. Spisałam testament. Wszystko na Grzegorza - bo to mój jedyny syn i kocham go. Ale z dopiskiem, że mieszkanie nie może być sprzedane za mojego życia bez mojej pisemnej zgody. Notariuszka, pani Jadwiga, spojrzała na mnie ponad okularami i powiedziała cicho: „Dobrze pani robi".

Nie wiem, czy dobrze robię. Może Grzegorz rzeczywiście się martwi i chce dla mnie tego, co najlepsze. Może te schody naprawdę kiedyś mnie pokonają. Może Rezydencja Pod Lipami jest piękna i pachnąca, i pełna ludzi, z którymi mogłabym grać w brydża wieczorami.

Ale to „ile zostanie" - te dwa słowa nie dają mi spokoju. Budzę się z nimi w nocy, leżę w ciemności i słucham, jak za oknem szumi kasztanowiec. I myślę: czy syn znalazł mi dom seniora, bo mnie kocha, czy dlatego, że potrzebuje pieniędzy na swój?

I nie wiem, która odpowiedź bardziej by mnie zabolała.