
Bratowa poprosiła mnie, żebym nie przyjeżdżała na święta - bo „chce spędzić je w kameralnym gronie". Brat nie zadzwonił. W pierwszy dzień świąt dostałam od niego zdjęcie stołu z podpisem „Wesołych!" - nakryć było jedenaście, z czego trzy dla obcych mi osób.
Powiększyłam to zdjęcie tak, że piksele się rozsypały. Liczyłam talerze trzy razy, jakby przy czwartym mogło się okazać, że źle widzę. Jedenaście nakryć. Serwetki w srebrne śnieżynki, które bratowa kupowała co roku w tym samym sklepie na Marszałkowskiej. Świece, barszcz w wazie, uszka na półmisku. I trzy miejsca, których nie umiałam przypisać nikomu z rodziny.
Odłożyłam telefon na stół i patrzyłam na swój wigilijny talerz - jedyny, który stał na obrusie. Pierogi z kapustą i grzybami robiłam sama, według przepisu mamy. Makowiec też. Wszystko na jedną osobę, bo kota nie będę sadzać do stołu, choć Figaro pewnie byłby lepszym towarzystwem niż pustka naprzeciwko.
Mam na imię Lucyna, skończyłam w październiku pięćdziesiąt osiem lat i od trzech lat jestem wdową. Kiedy Henryk żył, święta były u nas. Zawsze. Dwupokojowe mieszkanie na Bielanach pękało w szwach - rozkładaliśmy stół, dostawki, taborety z piwnicy. Mój brat Andrzej z żoną Renatą, ich dwójka dzieci, mama dopóki mogła, czasem ciotka Jadzią z Pruszkowa. Było ciasno, głośno i pięknie.
Po śmierci Henryka coś się przesunęło. Nie od razu. Pierwszy rok wszyscy jeszcze uważali, żeby Lucyna nie została sama. Andrzej dzwonił, Renata przywoziła sernik. Drugi rok - święta u nich w domu pod Piasecznem, bo „mają więcej miejsca, a Lucynie będzie łatwiej nie gotować". Zgodziłam się z ulgą. Trzeci rok - to zdjęcie na ekranie telefonu.
Cofnę się do listopada, bo wtedy zaczęłam podejrzewać, że coś jest nie tak. Zadzwoniłam do Andrzeja zapytać, o której w tym roku Wigilia. Odebrała Renata. Głos miała taki jak zawsze - uprzejmy, ale jakby czytała z kartki.
- Lucynko, wiesz co, w tym roku chcielibyśmy spędzić święta w takim kameralnym gronie. Rodzinnie. Odpocząć trochę, bo Andrzej miał ciężki rok w pracy, ja też padam. Mam nadzieję, że rozumiesz?
- Ale ja jestem rodziną - powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Cisza. Trzy sekundy, może cztery, ale wystarczyły, żeby usłyszeć w nich wszystko.
- No tak, oczywiście. Chodziło mi o takie... w mniejszym składzie. Kuba przyjeżdża z dziewczyną, Ola z narzeczonym, chcemy się poznać bliżej, wiesz. Nie chcę, żebyś się czuła niezręcznie.
To „niezręcznie" utkwiło mi w gardle jak ość. Ja miałabym się czuć niezręcznie przy własnym bracie? Przy dzieciach, które nosiłam na rękach, gdy były małe? Przy Kubie, któremu pomagałam pisać wypracowania z polskiego, bo Renata twierdziła, że nie ma do tego cierpliwości?
Zadzwoniłam do Andrzeja następnego dnia. Nie odebrał. Napisałam SMS-a. Odpowiedział po czterech godzinach: „Lucynka, pogadamy, teraz lecę na spotkanie". Nie pogadaliśmy. Nie zadzwonił wieczorem, nie zadzwonił w weekend. Ja też nie zadzwoniłam, bo duma to jedyne, co mi jeszcze zostało obok kota i dwupokojowego mieszkania.
W grudniu wysłałam paczki dla dzieci. Uli sweter, który robiłam na drutach trzy wieczory - wiedziałam, że lubi morski kolor. Kubie książkę o Japonii, bo kiedyś mówił, że chce tam pojechać. Renata odpisała krótko: „Dzięki, Lucynko, dzieci się ucieszą". Andrzej milczał.
Wigilię spędziłam sama. Nakryłam dwa miejsca - jedno dla siebie, jedno puste, dla Henryka albo dla kogokolwiek, kto zapuka. Nikt nie zapukał. O dwudziestej pierwszej zjadłam pierogi, posłuchałam kolęd w radiu i poszłam spać, bo płakanie na kanapie wydawało mi się jeszcze bardziej żałosne niż płakanie w łóżku.
A potem, w pierwszy dzień świąt, to zdjęcie.
Stół nakryty na jedenaście osób. Policzyłam na palcach: Andrzej, Renata, Kuba, dziewczyna Kuby, Ola, narzeczony Oli - to sześć. Rodzice Renaty - osiem. I trzy nakrycia, których nie potrafiłam zidentyfikować. Kameralny grono - jedenaście osób. Beze mnie.
Zabolało tak fizycznie, że przycisnęłam dłoń do mostka. Figaro wskoczył mi na kolana, jakby wyczuł. Siedziałam z kotem i z tym zdjęciem na ekranie i próbowałam zrozumieć - kiedy właściwie stałam się osobą, którą można wykreślić? Czy to było, gdy Henryk umarł i przestałam być „Lucyna i Henryk", a stałam się „biedna Lucyna"? Czy wcześniej? Czy może Renata nigdy mnie nie lubiła, a Henryk był tym buforem, który wszystko łagodził swoimi żartami i butelką nalewki z pigwy?
Próbowałam być sprawiedliwa. Renata nie jest złym człowiekiem. Potrafi być ciepła, organizuje wakacje dla dzieci, pamięta o urodzinach teściowej - dopóki teściowa żyła. Ale jest w niej coś, czego nigdy nie umiałam nazwać. Potrzeba kontroli. Nad stołem, nad listą gości, nad tym, jak wygląda ich rodzina od środka i na zewnątrz. Ja do tego obrazka pasowałam coraz mniej - wdowa, sama, z bielańskiego bloku, w swetrze robionym na drutach zamiast w bluzce z Zarą.
Ale najbardziej bolał Andrzej. Mój młodszy brat, którego uczyłam jeździć na rowerze na osiedlowym podwórku, którego broniłam przed łobuzami z sąsiedniej klatki. Andrzej, który po śmierci taty obiecał mi, że „zawsze będziemy trzymać się razem". Andrzej, który nie zadzwonił.
Nie zadzwonił tego dnia, nie zadzwonił następnego. Trzeciego dnia świąt napisał: „Mam nadzieję, że miałaś spokojne święta. Pogadamy po Nowym Roku". Spokojne. To chyba jedno słowo na to, co przeżyłam. Spokojne jak cmentarz.
Minął styczeń. W lutym Andrzej zadzwonił, jakby nigdy nic. Opowiadał o narzeczonym Oli, o planach wakacyjnych, o tym, że Kuba zmienia pracę. Słuchałam i czekałam. Czekałam na „przepraszam", na „wiem, że to było nie w porządku", na cokolwiek. Nie doczekałam się.
- Andrzej - powiedziałam w końcu. - Na tym zdjęciu było jedenaście nakryć.
Cisza. Znów ta cisza.
- Lucynka, no... Renata zaprosiła znajomych z pracy, bo akurat nie mieli gdzie... Wiesz, jak to jest.
- Wiem - odpowiedziałam. - Ja też nie miałam gdzie.
Rozłączył się pierwszy. Albo zerwało połączenie. Tak powiedział potem w SMS-ie - że „mu się zerwało". Może i zerwało. Nie tylko połączenie.
Teraz jest kwiecień. Na parapecie mam bratki, które zasadziłam w skrzynce - fioletowe, żółte, takie głupie i wesołe. Za dwa miesiące urodziny Oli. Zwykle dawałam kopertę i szłam na obiad do Piaseczna. Renata piekła tort, Andrzej otwierał wino. W tym roku nie wiem, czy będę zaproszona.
Właściwie nie wiem czegoś ważniejszego - czy chcę być zaproszona. Czy chcę siedzieć przy stole, przy którym moje miejsce zależy od tego, czy bratowa uzna, że jest wystarczająco kameralnie. Czy wolę swoje dwa nakrycia - moje i puste.
Wczoraj wieczorem wyciągnęłam telefon i wybrałam numer Andrzeja. Trzymałam palec nad zieloną słuchawką tak długo, że ekran zgasł. Nie zadzwoniłam. Ale nie skasowałam numeru. I tego jednego jestem pewna - jeszcze nie wiem, co z tym zrobię.