
Na osiedlowym spacerze spotkałam mężczyznę, który czytał tę samą książkę co ja. Mam 62 lata, od rozwodu nie rozmawiałam z nikim dłużej niż pięć minut. Umówiliśmy się na kawę. Córka powiedziała, że „w moim wieku to już nie wypada".
Usłyszałam to przez telefon, stojąc w łazience z mokrymi jeszcze włosami i ręcznikiem owiniętym na głowie jak turban. Patrycja mówiła spokojnie, takim tonem, jakim tłumaczy się dziecku, że nie wolno wkładać palców do kontaktu. Cierpliwie, z wyraźnym przekonaniem, że robi mi przysługę. „Mamo, ludzie gadają. Pani Krysia z parteru widziała cię na ławce z jakimś obcym facetem. Pomyśl, jak to wygląda."
Jak to wygląda. Te trzy słowa krążyły mi w głowie jeszcze godzinę później, kiedy suszyłam włosy i nakładałam krem na ręce. Jak to wygląda - sześćdziesięciodwuletnia kobieta, emerytowana księgowa z bloku na Gocławiu, siedzi na ławce i rozmawia z mężczyzną. Skandal.
Ale zacznę od początku. Bo ta historia zaczęła się od książki, a właściwie od Olgi Tokarczuk.
Rozwód z Andrzejem przeszłam osiem lat temu. Po trzydziestu dwóch latach małżeństwa. Nie było trzeciej osoby, nie było awantur z tłuczeniem talerzy. Było coś gorszego - cisza. Andrzej przychodził z pracy w urzędzie, siadał przed telewizorem, ja zmywałam naczynia, on zasypiał na kanapie. Pewnego dnia uświadomiłam sobie, że od tygodnia nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego zdania, które nie dotyczyłoby rachunków albo tego, co trzeba kupić w Biedronce. Złożyłam pozew. On się nie sprzeciwił. Chyba nawet poczuł ulgę.
Patrycja miała wtedy dwadzieścia osiem lat, własne mieszkanie na Ursynowie, męża informatyka i roczną Zosię. Przyjęła rozwód jak osobistą zniewagę. „Nie mogłaś wytrzymać? Tyle lat i nagle ci się zachciało wolności?" Nie umiałam jej wytłumaczyć, że to nie była zachcianka. Że człowiek może umierać po kawałku w zupełnie czystym, ciepłym mieszkaniu, przy garnku rosołu i włączonym radiu.
Osiem lat. Praca do sześćdziesiątki, potem emerytura. Spacery z sąsiadką Haliną, ale Halina dwa lata temu przeniosła się do córki do Gdańska. Działka ROD na Saskiej Kępie - grządki, porzeczki, ławeczka pod jabłonią. Biblioteka na rogu. Herbata z cytryną o ósmej wieczorem, książka do poduszki. Życie uporządkowane, ciche i - jeśli mam być szczera - puste jak ta meblościanka w salonie, z której dawno zabrałam wszystkie zdjęcia.
Tamtego majowego czwartku siedziałam na ławce przy placu zabaw, bo lubię tam czytać - dzieci się bawią, jest gwar, życie. Czytałam „Empuzjon" Tokarczuk, byłam gdzieś w połowie. I wtedy usłyszałam głos.
- Przepraszam, czy pani czyta „Empuzjona"?
Podniosłam głowę. Mężczyzna. Sześćdziesiąt parę lat, siwe włosy, koszula w kratę, w ręku dokładnie ta sama książka. To samo wydanie, z tą samą zieloną okładką.
- Tak - odpowiedziałam, automatycznie zasłaniając palcem stronę, na której skończyłam.
- Ja jestem na sto czterdziestej ósmej. A pani?
- Sto sześćdziesiąta druga.
Uśmiechnął się. Miał taki uśmiech, jakby się trochę wstydził, że zagadał. Usiadł na drugim końcu ławki, nie za blisko, nie za daleko. Powiedział, że ma na imię Tadeusz, że jest emerytowanym nauczycielem historii i że mieszka w bloku naprzeciwko. Przez piętnaście lat widział mnie pewnie setki razy z okna, ale nigdy nie miał powodu, żeby zagadać.
Rozmawialiśmy czterdzieści minut. Czterdzieści minut. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktokolwiek słuchał mnie tak długo. Nie sprawdzał telefonu, nie zerkał na zegarek, nie szukał pretekstu, żeby zakończyć. Gadaliśmy o Tokarczuk, o tym, jak zmieniło się osiedle, o wnukach - on miał dwóch, ja jedną Zosię. O emeryturze, o tym, że rano człowiek wstaje i nie bardzo wie, dla kogo parzy tę herbatę.
To on zaproponował kawę. Powiedział, że zna kawiarnię na Francuskiej, małą, z dobrym sernikiem. Zgodziłam się, zanim zdążyłam pomyśleć. I dopiero w domu, patrząc na swoje odbicie w lustrze w przedpokoju, poczułam coś dziwnego. Coś, czego nie potrafiłam od razu nazwać. Chyba podekscytowanie. Albo strach. A może jedno i drugie.
Zadzwoniłam do Patrycji, bo - głupia - chciałam się podzielić. Opowiedziałam o książce, o ławce, o kawie na Francuskiej. Cisza w słuchawce trwała może trzy sekundy, ale poczułam ją jak plecak z cegłami.
- Mamo - powiedziała wreszcie. - Nie znasz tego człowieka. Mamo, w twoim wieku to już nie wypada. Ludzie pomyślą, że jesteś... no wiesz.
Nie wiedziałam. Że jestem co? Samotna? Żałosna? Desperatka? Nie dopytałam.
- Pomyśl o Zosi - dodała Patrycja. - Jak jej wytłumaczysz, że babcia chodzi na randki?
Zosia ma dziewięć lat i zbiera naklejki z dinozaurami. Wątpię, żeby babcina kawa z emerytowanym nauczycielem historii wywarła na niej jakiekolwiek wrażenie. Ale Patrycja powiedziała to takim tonem, jakby chodziło o sprawę życia i śmierci.
Nie spałam tej nocy. Leżałam w ciemnym pokoju i słuchałam, jak za oknem przejeżdża nocny autobus. Myślałam o Andrzeju, o tych trzydziestu dwóch latach ciszy, o tym, jak po rozwodzie powoli zaczęłam znikać. Nie fizycznie - chodziłam do sklepu, na działkę, na pocztę. Ale wewnętrznie. Jakby ktoś przykręcił głośność mojego życia do minimum i zapomniał ją z powrotem podkręcić.
Rano zadzwonił Tadeusz. Numer zostawiłam mu na kartce wyrwanej z notesu - sam ten gest wydawał mi się absurdalny, jak ze szkolnej wycieczki. Potwierdził sobotę, godzinę jedenastą, kawiarnia na Francuskiej. Powiedział, że doczytał książkę do końca i nie zdradzi zakończenia.
Patrycja napisała SMS-a: „Mamo, przemyśl to. Proszę."
W piątek wieczorem stałam przed szafą jak nastolatka. Wyjmowałam bluzki, przymierzałam, odkładałam. Złapałam się na tym i roześmiałam się na głos, sama, w pustym mieszkaniu. Ten śmiech mnie zaskoczył. Dawno go nie słyszałam.
W sobotę rano włożyłam lnianą bluzkę, tę jasną, którą Halina kiedyś pochwaliła. Wzięłam torebkę, klucze, książkę - na wypadek gdyby nie było o czym rozmawiać. Przy drzwiach zatrzymałam się. Na szafce w przedpokoju stało zdjęcie Zosi z komunii. Patrycja uśmiechała się z tyłu, w granatowej sukience. Moja córka. Moja dorosła córka, która uważa, że miłość - albo chociaż zwykła rozmowa przy kawie - ma datę ważności.
Wyszłam z domu.
Na klatce schodowej minęłam panią Krysię z parteru. Spojrzała na mnie, na moją bluzkę, na torebkę. Uśmiechnęłam się do niej. Nie powiedziała nic, ale widziałam, że zanotowała.
Szłam na przystanek tramwajowy i myślałam o tym, że Patrycja może mieć rację. Że ludzie będą gadać. Że Tadeusz może okazać się nudziarzem albo dziwadłem. Że ja sama mogę okazać się niezdolna do czegokolwiek więcej niż pięć minut rozmowy. Myślałam o tym wszystkim i szłam dalej.
Tramwaj przyjechał punktualnie. Usiadłam przy oknie i patrzyłam na Gocław w majowym słońcu - kwitnące kasztany, dzieci na rowerach, staruszka z siatką z Biedronki. Moje osiedle. Moje życie od ośmiu lat. Ciche, bezpieczne, uporządkowane.
Wysiadłam na Francuskiej. Kawiarnia była tam, gdzie mówił - mała, z drewnianymi stolikami i zapachem cynamonu. Tadeusza jeszcze nie było. Usiadłam, zamówiłam kawę. Ręce mi się lekko trzęsły, co było śmieszne i trochę żenujące jednocześnie. Sześćdziesiąt dwa lata, trzęsące się ręce przed kawą z obcym mężczyzną.
Telefon zawibrował. Patrycja: „Zadzwoń jak wrócisz."
Odłożyłam telefon ekranem do dołu. Przez szybę kawiarni widziałam ulicę, ludzi, tramwaj skręcający za rogiem. Pomyślałam, że moja córka kiedyś też będzie miała sześćdziesiąt dwa lata. I że wtedy może zrozumie, a może nie.
Drzwi kawiarni się otworzyły. Tadeusz stanął na progu z książką pod pachą i tym swoim zawstydzonym uśmiechem. Pomachał mi niepewnie.
Podniosłam rękę. I nie wiem, czy to był początek czegoś, czy tylko kawa i sernik, i rozmowa, która za godzinę się skończy. Ale po raz pierwszy od ośmiu lat chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej.