
Mąż zostawił telefon na stole, kiedy poszedł pod prysznic. Nie chciałam czytać, ale ekran się zaświecił. Napisane było tylko: „Jutro o tej samej?". Numer nie był zapisany w kontaktach.
Szum wody za ścianą. Lodówka mruczała cicho. Na kuchence stygła herbata, którą robiłam dla nas obojga - jak co wieczór od trzydziestu dwóch lat. Stałam nad tym telefonem i nie mogłam się ruszyć. Cztery słowa. Żadnego imienia, żadnego serduszka, żadnego kontekstu. A mimo to wiedziałam. Wiedziałam tak, jak się wie, że za oknem pada deszcz, zanim jeszcze się wyjrzy.
Andrzej i ja poznaliśmy się w osiemdziesiątym dziewiątym, na zabawie karnawałowej w Domu Kultury na Woli. Ja miałam dwadzieścia pięć lat i pracowałam w księgowości w drukarni na Młynowie, on był elektrykiem po technikum, trzy lata starszy, z takim spokojem w oczach, że człowiek od razu czuł się bezpiecznie. Wzięliśmy ślub po dziewięciu miesiącach. Krysia z trzeciego piętra powiedziała wtedy mojej mamie: „Ten Andrzej to taki solidny, pani Halino. Renata trafiła jak w szóstkę". Mama kiwnęła głową, ale dodała po swojemu: „Zobaczymy za dwadzieścia lat".
Minęło trzydzieści dwa. Syn Tomek skończył trzydziestkę, mieszkał z żoną w Krakowie, córka Magda - dwadzieścia siedem lat, jeszcze w Warszawie, ale myślała o wyjeździe do Wrocławia za pracą. Andrzej od pięciu lat prowadził mały zakład elektryczny na Bemowie. Ja dalej robiłam to, co zawsze - rachunki, pity, faktury, tyle że teraz dla męża, nie dla drukarni. I herbatę wieczorem. I obiad o trzeciej. I pranie we wtorek i piątek.
Nie byliśmy nieszczęśliwi. To ważne, żeby to powiedzieć. Nie kłóciliśmy się, nie trzaskaliśmy drzwiami. Andrzej wracał z pracy, mył ręce, siadał do obiadu, mówił: „Dobre te kotlety, Renata". Czasem wieczorem oglądaliśmy serial, czasem on szedł do garażu majsterkować, ja dzwoniłam do Magdy. Normalnie. Tak normalnie, że aż cicho.
Szum wody ucichł. Odsunęłam się od stołu na dwa kroki. Serce mi waliło, jakbym złapała kogoś na gorącym uczynku, a przecież to tylko telefon. Tylko cztery słowa. Andrzej wyszedł z łazienki w szlafroku, powiedział: „Jest herbata?" - i sięgnął po komórkę tak naturalnie, jak sięga się po pilota. Nawet nie spojrzał na ekran. Wsunął telefon do kieszeni szlafroka.
- Jest - odpowiedziałam. - Stygnie.
Ta noc była najdłuższa w moim życiu. Leżałam obok niego, słuchałam jego oddechu i układałam w głowie wersje. Może to klient. Może umawiał się na wycenę instalacji. „Jutro o tej samej?" - to może znaczyć: o tej samej godzinie, w tym samym miejscu, żeby dokończyć robotę. Brzmi logicznie, prawda? Elektryk umawia się z klientem. Normalka.
Ale dlaczego numer niezapisany? Andrzej był pedantyczny. Każdy klient wbity w kontakty z nazwiskiem i adresem - sam mi to kiedyś pokazywał z dumą, że ma porządek jak w katalogu. A tu - nic. Czysty numer. I ta wiadomość o dwudziestej trzeciej, kiedy żaden klient nie pisze o robocie.
Przez tydzień nic nie robiłam. Chodziłam jak zwykle: zakupy w Biedronce, obiad, rachunki. Andrzej wychodził rano, wracał po szesnastej. W środę powiedział, że jedzie na wycenę na Ursus i wróci później. Wrócił o dziewiętnastej z pudełkiem pączków. „Stałem w korku na Łopuszańskiej" - wyjaśnił, zanim zdążyłam zapytać. Nigdy wcześniej nie tłumaczył się z korka. Nigdy wcześniej nie przywoził pączków w środku tygodnia.
W piątek, kiedy Andrzej był w pracy, zrobiłam coś, czego się wstydzę. Weszłam do jego rzeczy. Nie do telefonu - ten miał hasło, którego nie znałam, i to był kolejny sygnał, bo kiedyś oboje znaliśmy swoje kody. Sprawdziłam kieszenie kurtek, portfel, szufladę z dokumentami w garażu. Nic. Żadnych biletów do kina, żadnych paragonów z restauracji, żadnych perfum, które nie są moje. Andrzej albo był niewinny, albo bardzo ostrożny.
Zadzwoniłam do Magdy. Nie powiedziałam wprost, bo jak się mówi córce, że podejrzewa się jej ojca? Zapytałam tylko, czy tata ostatnio dzwonił, jak się zachowywał, kiedy się widzieli. Magda roześmiała się. „Mamo, tata jest taki sam od trzydziestu lat. Spokojny jak kamień". Poczułam ukłucie - bo właśnie to mnie niepokoiło. Że kamień może być spokojny, bo po prostu nie czuje.
W drugą sobotę nie wytrzymałam. Andrzej siedział w kuchni nad gazetą, a ja stanęłam w drzwiach i powiedziałam prosto:
- Widziałam wiadomość. Dwa tygodnie temu. „Jutro o tej samej?". Niezapisany numer.
Nie krzyknął. Nie zbladł. Odłożył gazetę, złożył ją na pół - dokładnie, równiutko, jak składał zawsze - i powiedział:
- To Beata.
Beata. Imię wbiło mi się w klatkę piersiową jak gwóźdź. Beata to była jego koleżanka ze szkoły średniej. Widziałam ją raz, na jakimś zjeździe absolwentów, lata temu. Drobna blondynka, cichy głos, pracowała w bibliotece gdzieś na Pradze.
- Spotykamy się od marca - powiedział Andrzej. Był kwiecień. - Na kawę. Raz w tygodniu. Nic więcej.
- Na kawę - powtórzyłam.
- Renata, mam pięćdziesiąt dziewięć lat. Chodzę do pracy, wracam do domu. Ty masz swoje rachunki, swoje rozmowy z Magdą. Ja nie miałem z kim porozmawiać od lat. Z Beatą mogę.
Milczałam. Patrzył na mnie, czekał. Nie przepraszał, nie tłumaczył się z łzami - po prostu stwierdził fakt. I to bolało bardziej niż jakiekolwiek przyłapanie na kłamstwie. Bo on nie powiedział: „Zrobiłem coś złego". Powiedział: „Jestem samotny w tym domu od lat, a ty tego nie zauważyłaś".
- Dlaczego nie zapisałeś jej w kontaktach? - zapytałam, bo to było jedyne pytanie, na które jeszcze mogłam znieść odpowiedź.
Andrzej popatrzył na swoje ręce.
- Bo wiedziałem, że nie wygląda to dobrze. I nie chciałem, żebyś się martwiła.
- Więc wiedziałeś, że jest czym się martwić.
Na to nie odpowiedział.
Minął miesiąc. Andrzej nie wychodzi na te kawy - przynajmniej tak mówi. Ja nie sprawdzam, bo nie chcę być kobietą, która sprawdza. Obiady są o trzeciej, herbata wieczorem, pranie we wtorek i piątek. Wszystko jak dawniej. I jednocześnie nic jak dawniej, bo teraz wiem, że przez lata gotowałam rosół dla człowieka, który siedział naprzeciwko mnie i czuł się sam.
Magda dzwoni częściej, wyczuwa coś. Wczoraj powiedziała: „Mamo, gdyby coś się działo - powiesz mi, prawda?". Odpowiedziałam: „Oczywiście, córciu". Obie wiedziałyśmy, że kłamię.
Czasem wieczorem patrzę na Andrzeja, jak czyta gazetę w fotelu, i myślę: czy wystarczy, że ktoś zostaje? Że wraca codziennie, myje ręce, mówi „dobre te kotlety"? Czy miłość to obecność - czy coś więcej, coś, o co dawno przestaliśmy się starać? On i ja - oboje?
Tamten telefon dalej leży wieczorami na stole. Ekran czasem się zaświeca. Nie patrzę.
Ale ręce mi drżą za każdym razem.