
Mąż od marca zaczął chodzić do fryzjera co dwa tygodnie zamiast raz w miesiącu. Kupił nową wodę po goleniu - pierwszy raz od dwudziestu lat. Zapytałam, co się zmieniło. Powiedział: „Nic, po prostu chcę o siebie dbać". Ma sześćdziesiąt trzy lata.
Chciałam mu uwierzyć. Naprawdę chciałam. Wzięłam tę buteleczkę z półki w łazience, przekręciłam w palcach. Versace. Nigdy w życiu nie kupił niczego droższego niż Nivea po goleniu, a tu proszę - Versace. Pomyślałam, że może przeczytał coś w internecie, może zobaczył jakąś reklamę. Ludzie się zmieniają. Postawiłam buteleczkę z powrotem i poszłam robić kolację.
Nazywam się Halina. Mam sześćdziesiąt jeden lat, trzydzieści osiem lat małżeństwa za sobą i dwóch dorosłych synów. Z Ryszardem poznaliśmy się na zabawie karnawałowej w Domu Kultury na Woli w osiemdziesiątym piątym roku. Miał wtedy ciemne kręcone włosy i śmiał się tak głośno, że słychać go było na korytarzu. Byłam księgową w spółdzielni, on - elektrykiem w zakładzie przy Kasprzaka. Zwyczajne życie, zwyczajni ludzie. I właśnie ta zwyczajność przez trzydzieści osiem lat wydawała mi się czymś cennym.
W kwietniu zaczęłam zauważać więcej. Ryszard wychodził na spacery - sam. Nigdy tego nie robił. Przez czterdzieści lat jedynym sportem, który uprawiał, było wchodzenie na czwarte piętro bez windy. A tu nagle - buty sportowe, kurtka, „pójdę się przejść, Halina, lekarz mówił, że powinienem się ruszać". Wracał po dwóch godzinach. Pachniał wiatrem i tą nową wodą po goleniu. Kto się perfumuje na spacer?
Nie powiedziałam nic. Nie od razu. Zaczęłam za to robić coś, czego się wstydzę - obserwować. Sprawdzałam, o której wychodzi i wraca. Liczyłam minuty. Zaglądałam do historii w przeglądarce na jego komputerze, ale Ryszard z komputerem jest na bakier, więc nie było tam nic poza prognozą pogody i ceną paliwa. Telefon nosił zawsze przy sobie. Kiedyś zostawiał go na szafce w przedpokoju jak cegłę - teraz zabierał nawet do łazienki.
W maju zadzwoniła Krysia, moja siostra. Mieszka na Pradze, my na Bielanach, widujemy się raz w miesiącu na obiedzie. „Halina" - powiedziała tak, jakby ktoś umarł. „Muszę ci coś powiedzieć, ale nie wiem jak".
Serce mi stanęło. Pomyślałam, że to o mamie, że coś ze zdrowiem.
„Widziałam Ryszarda w galerii na Woli. W sobotę. Był z jakąś kobietą. Siedzieli w kawiarni, rozmawiali. Wyglądali... no, nie wyglądali jak obcy ludzie, Halina".
„Może to koleżanka z pracy" - powiedziałam automatycznie. Ryszard od trzech lat jest na emeryturze.
Krysia milczała przez chwilę. „Trzymał ją za rękę".
Odłożyłam telefon i usiadłam na taborecie w kuchni. Za oknem kwitła lipa, ta sama lipa, którą widzę od dwudziestu sześciu lat, odkąd się tu wprowadziliśmy. Herbata stygła w kubku z napisem „Najlepsza Mama". Kubek dostałam od Tomka na Dzień Matki w dziewięćdziesiątym ósmym roku. Pomyślałam wtedy, że w tym mieszkaniu wszystko jest stare - meble, kubki, ja. Może dlatego.
Nie zapytałam Ryszarda tego dnia. Ani następnego. Chodziłam po mieszkaniu jak duch, robiłam obiad, prała, prasowałam jego koszule. On niczego nie zauważył - albo nie chciał zauważyć. Jadł zupę i mówił, że dobra. Oglądał wiadomości. Szedł spać. Normalne życie. Ja leżałam obok niego w ciemności i słuchałam jego oddechu, i myślałam: trzydzieści osiem lat. Dwa porody. Przeprowadzka. Remont łazienki, który trwał pół roku, bo robił sam. Wakacje w Łebie z dziećmi. Wigilie. Pogrzeb jego matki, kiedy płakał mi w ramię jak dziecko. To wszystko - nic?
W czerwcu zrobiłam coś, czego nie planowałam. Ryszard wyszedł na swój „spacer", a ja po dwudziestu minutach wyszłam za nim. Szłam w bezpiecznej odległości, jak w jakimś kiepskim serialu. Wstydziłam się tak bardzo, że aż mnie bolał żołądek. Ale szłam. Przeszedł przez park, skręcił w Żeromskiego, potem w Kochanowskiego. Stanął przed blokiem, którego nie znałam. Wyciągnął telefon. Po trzech minutach z klatki wyszła kobieta.
Miała może pięćdziesiąt pięć lat. Ciemne włosy do ramion. Ładna. Zwyczajnie ładna - nie jakaś modelka, nie młódka. Normalna kobieta w lnianej sukience i sandałach. Przywitali się tak, że od razu wiedziałam wszystko. Nie był to pocałunek, nie objęcie - ale sposób, w jaki on się do niej pochylił. Jakby miękł. Jakby się przy niej prostował i miękł jednocześnie. Nigdy nie widziałam, żeby tak wyglądał. Przy mnie nigdy tak nie wyglądał.
Wróciłam do domu i usiadłam przy stole. Nie płakałam. Powinnam była płakać, prawda? W filmach żony płaczą. Ja czułam coś innego - taką ciszę w środku. Jakby ktoś wyłączył dźwięk.
Ryszard wrócił o piątej. Wesoły. Zdjął buty, powiedział „ładna pogoda". Usiadł naprzeciwko mnie i wtedy spojrzałam mu prosto w oczy. Musiał coś zobaczyć, bo znieruchomiał.
„Ryszard" - powiedziałam spokojnie, sama siebie nie poznając. „Kto to jest ta kobieta z Kochanowskiego?"
Nie zaprzeczył. Spodziewałam się zaprzeczania, kłamstw, wyjaśnień. A on po prostu zbladł, opuścił głowę i powiedział: „Ewa. Poznaliśmy się na spacerze w parku w marcu. Halina, ja nie chciałem..."
„Czego nie chciałeś?"
„Nie chciałem, żebyś się dowiedziała tak".
Nie „nie chciałem tego robić". Nie „to nic nie znaczy". „Nie chciałem, żebyś się dowiedziała tak". W tym jednym zdaniu było wszystko - że to trwa, że jest dla niego ważne, że nie zamierzał kończyć. Że jedyne, czego żałował, to sposób, w jaki wychodzi na jaw.
Siedziałam naprzeciwko człowieka, z którym spałam w jednym łóżku od trzydziestu ośmiu lat, i po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, kim on jest. Albo nie - wiedziałam, kim jest. Nie wiedziałam, kim byłam ja w tym wszystkim.
Ryszard mówił coś jeszcze. Że jest mu ze mną dobrze, ale że coś umarło. Że przy Ewie poczuł się znowu żywy. Użył słowa „żywy". Jakby przy mnie był martwy. Jakby nasze wspólne życie - obiady, wieczory, wnuki - było jakąś formą umierania.
Powiedziałam mu, żeby spał w pokoju Tomka. Poszedł bez słowa. Leżałam w naszej sypialni i wdychałam zapach jego poduszki - Nivea zmieszana z Versace. Stare i nowe. Całe nasze życie na jednej poszewce.
Minął miesiąc. Ryszard nie wyprowadził się. Ja nie wyrzuciłam go. Żyjemy obok siebie jak lokatorzy na tym samym piętrze. Synowie nie wiedzą. Czasem Ryszard pyta, czy może coś zrobić. Naprawić kran. Wynieść śmieci. Ja mówię: „Zrób". I on robi. A potem stoi w kuchni i patrzy na mnie tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wie co.
Krysia mówi, żebym go zostawiła. „Masz sześćdziesiąt jeden lat, Halina, nie osiemdziesiąt. Zasługujesz na szacunek". Mama - dziewięćdziesiąt dwa lata, ostra jak brzytwa - powiedziała co innego: „W naszych czasach się nie rozchodzono. Przebolisz". Dwa pokolenia, dwie rady. Żadna nie pasuje.
Bo ja nie wiem, czy chcę odejść. I nie wiem, czy chcę zostać. Wiem tylko, że tamtego dnia na ulicy Kochanowskiego zobaczyłam, jak mój mąż pochyla się do obcej kobiety z czułością, której mi nie dawał od lat. I nie jestem pewna, co boli bardziej - to, że ją znalazł, czy to, że ze mną przestał szukać.
Buteleczka Versace nadal stoi na półce w łazience. Codziennie ją widzę. Codziennie się zastanawiam, czy ją wyrzucić, czy zostawić. Jakby od tego jednego gestu zależała cała reszta.