Córka załatwiła wszystko u notariusza, „żebym nie musiała się martwić na starość". Podpisałam, bo zawsze jej ufałam. W zeszłym tygodniu zadzwoniła pani z agencji, że chce obejrzeć mieszkanie - bo jest już wystawione na sprzedaż.

Najpierw pomyślałam, że to pomyłka. Albo oszustwo - teraz tyle się mówi o tych telefonach, że dzwonią i udają kogoś. Powiedziałam grzecznie, że chyba się pani pomyliła, i odłożyłam słuchawkę. Ale ta kobieta zadzwoniła jeszcze raz. Podała dokładny adres, piętro, metraż. Powiedziała: „Właścicielka, pani Jolanta Krawczyk, zleciła nam sprzedaż". Jolanta Krawczyk. Moja córka.

Usiadłam na taborecie w kuchni i przez dobre pięć minut nie mogłam się ruszyć. Herbata stygła na blacie. Za oknem ktoś parkował, cofał, znowu parkował - słyszałam ten pisk opon i nic więcej. Jakby ktoś wyłączył mi wszystkie myśli i zostawił tylko ten jeden dźwięk.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzydziestu ośmiu mieszkam w tym samym bloku na Gocławiu. Trzecie piętro, czterdzieści siedem metrów. Przeprowadziłam się tu z Ryszardem na rok przed ślubem, jeszcze kiedy się kończyło budowę osiedla. Ryszard umarł jedenaście lat temu - rak płuc, dwa miesiące od diagnozy do końca. Zostałam sama z tym mieszkaniem, z jego narzędziami w szafie na balkonie i z jedną córką, która - myślałam - jest całym moim światem.

Jolka urodziła się w osiemdziesiątym piątym. Jedynaczka, ale nigdy nie była rozpuszczona - przynajmniej tak mi się wydawało. Skończyła technikum ekonomiczne, potem zaoczne studia z zarządzania. Pracowała w firmie logistycznej, potem przeszła do biura nieruchomości. Dobrze zarabiała. Cztery lata temu wyszła za Dariusza, elektryka z własną firmą. Wydawali się szczęśliwi. Kupili dom pod Warszawą, w Józefowie - z kredytem, ale kupili. Ja się cieszyłam. Każda matka by się cieszyła.

Te papiery u notariusza - to było w lutym. Jolka przyjechała do mnie w sobotę rano, z sernikiem i uśmiechem. Powiedziała: „Mamo, chcę ci pomóc. Wiesz, że z twoją emeryturą z ZUS-u, jakby co się stało, jakiś szpital, opieka, to nie dasz rady. Zróbmy tak, żebym mogła cię reprezentować. Podpiszemy u notariusza takie pełnomocnictwo, żebym mogła za ciebie załatwiać sprawy, gdybyś kiedyś nie mogła sama". Brzmiało to rozsądnie. Jolka zawsze mówiła rozsądne rzeczy.

Pojechałyśmy razem do kancelarii na Pradze. Notariusz czytał szybko, urzędowo. Ja słuchałam, ale - powiem szczerze - nie wszystko rozumiałam. Jolka trzymała mnie za rękę i mówiła: „To standardowe, mamo, nie martw się". Podpisałam. Dwa dokumenty albo trzy - nie pamiętam. Notariusz podał mi cukierka z miską na biurku. Jolka zapłaciła. Wyszłyśmy, poszłyśmy na obiad do baru mlecznego na Targowej, zjadłam schabowego z ziemniakami i surówką z marchewki. Normalny dzień.

Tylko że to nie było pełnomocnictwo. Albo nie tylko pełnomocnictwo. Po tym telefonie z agencji zadzwoniłam do sąsiadki z parteru, Bożeny, bo jej syn jest prawnikiem. Łukasz przyjechał następnego dnia, poszedł ze mną do kancelarii. Okazało się, że podpisałam akt darowizny. Przepisałam mieszkanie na Jolkę. Całe. Z prawem dożywotniego zamieszkania, owszem - ale własność przeszła na córkę. I córka, jako właścicielka, wystawiła je na sprzedaż.

Łukasz powiedział to spokojnie, ale widziałam, jak zaciska szczękę. „Proszę pani, prawo dożywocia jest wpisane do księgi wieczystej, więc pani ma prawo tu mieszkać. Ale sprzedać - może. Kupujący przejmie mieszkanie z panią w środku, powiedzmy to tak. To znaczy - praktycznie nikt takiego mieszkania nie kupi. Ale próba sprzedaży - sama w sobie - mówi pani wszystko o intencjach córki".

Tamtej nocy nie spałam. Leżałam w ciemności i wpatrywałam się w sufit, na którym latarka z ulicy rysowała jasny prostokąt. Myślałam o tym, jak Jolka miała pięć lat i bała się burzy, jak wchodziła do naszego łóżka między mnie i Ryszarda. Jak na komunię dostała rower i płakała ze szczęścia. Jak po śmierci ojca spała u mnie przez tydzień, bo „nie chciała, żebym była sama". Ta sama Jolka.

Zadzwoniłam do niej następnego dnia. Ręce mi się trzęsły tak, że dwa razy wybrałam zły numer.

- Jolka, dlaczego moje mieszkanie jest na sprzedaż?

Cisza. Trzy, cztery sekundy. Potem jej głos - spokojny, trochę zmęczony, jakby tłumaczyła coś oczywistego.

- Mamo, to nie jest takie proste. My z Darkiem mamy problem z kredytem. Rata wzrosła, wiesz, jak teraz jest. Myślałam, że sprzedamy twoje, kupimy ci mniejsze, kawalerkę, bliżej nas, i zostanie różnica na spłatę. Chciałam ci powiedzieć, ale nie było dobrego momentu.

- Nie było dobrego momentu? - powtórzyłam. - A ten moment u notariusza, kiedy mi powiedziałaś, że to pełnomocnictwo?

- Mamo, nie rób z tego afery. Ja się tobą opiekuję. Kto inny by to zrobił?

Kto inny by to zrobił. To zdanie wbiło mi się w głowę jak gwóźdź. Bo miała rację - nie miałam nikogo innego. Siostra w Kielcach, z którą rozmawiałam raz na trzy miesiące. Bożena z parteru, dobra kobieta, ale to sąsiadka, nie rodzina. I Jolka. Jedyna córka. Jedyna osoba, której ufałam bezgranicznie.

Łukasz powiedział, że mogę próbować uchylić darowiznę w sądzie. Że jest coś takiego jak wady oświadczenia woli - podstęp, błąd. Że mam szanse. Ale dodał też, szczerze, że to potrwa. Rok, może dwa. I że Jolka będzie wtedy po drugiej stronie sali rozpraw.

Moja córka - po drugiej stronie.

Myślę o tym bez przerwy. Leżę w nocy i słyszę jej głos: „Nie martw się, mamo". Widzę jej dłoń na mojej w tej kancelarii. Czuję zapach sernika, który przywiozła tamtego ranka. I jednocześnie widzę ten numer z agencji na wyświetlaczu telefonu. Jedno nie pasuje do drugiego. A jednak jedno i drugie się wydarzyło.

Bożena mówi, żebym szła do sądu. „Halina, to twoje mieszkanie, twoje całe życie jest w tych ścianach. Nie pozwól sobie tego zabrać". Łukasz przygotował papiery, leżą na komodzie w plastikowej teczce. Wystarczy podpisać. Znowu podpisać.

Ale kiedy biorę długopis, widzę Jolkę. Nie tę z telefonu, nie tę z kancelarii. Tę małą, z warkoczami, która na Dzień Matki rysowała mi laurki kredkami i pisała krzywo: „Dla Najlepszej Mamy na Świecie". I rękę mi ściska coś, czego nie umiem nazwać - nie złość, nie strach. Coś gorszego.

Ta teczka leży na komodzie już piąty dzień. Codziennie rano piję herbatę, patrzę na nią i myślę: dzisiaj podpiszę. A potem nie podpisuję. I nie wiem, czy to jest miłość, czy głupota. I nie wiem, czy jest między nimi jakakolwiek różnica.