
Mąż od pół roku jeździ w piątki „na działkę do kolegi". W sobotę wkładałam jego kurtkę do pralki - w kieszeni był bilet do kina. Dwa miejsca, rząd ósmy, godzina 20:15.
Stałam przy pralce z tym biletem w ręku i nie mogłam się ruszyć. Czytałam te dwa słowa - „rząd ósmy" - jakby były wyryte w kamieniu. Rząd ósmy. Środek sali. Tak się siada, kiedy chce się wygodnie. Kiedy się planuje przyjemny wieczór. Nie na końcu, nie przy wyjściu, żeby można było szybko uciec. Rząd ósmy to jest wybór.
Kurtka pachniała tym, czym zawsze - Ryszardem. Jego wodą po goleniu, papierosowym dymem, trochę benzyną z garażu. Żadnych obcych perfum, żadnej kobiecej woni, nic z tych rzeczy, które się wyczytuje w poradnikach o zdradzających mężach. Tylko bilet. Dwa miejsca. Film o dwudziestej piętnaście - w piątek, kiedy Ryszard podobno pomagał Zdziśkowi naprawiać ogrodzenie na działce w Markach.
Dwadzieścia osiem lat małżeństwa. Dwadzieścia osiem lat, odkąd stanęliśmy w USC na Pradze-Południe - ja w pożyczonej sukience od siostry, on w garniturze, który tata kupił mu na tę okazję, bo Ryszard nie miał za co. Byliśmy młodzi, głupi i szczęśliwi. Teraz mam pięćdziesiąt cztery lata, pracuję w księgowości w firmie budowlanej na Mokotowie, mam dwoje dorosłych dzieci i męża, który w piątki jeździ „na działkę do kolegi".
Schowałam bilet do kieszeni fartucha. Włożyłam kurtkę do bębna, dodałam płyn i nacisnęłam start. Usiadłam przy kuchennym stole i patrzyłam, jak bęben się kręci. Myślałam o tym, że pralka pierze wszystko - brud, kurz, ślady. Ale bilet wyjęłam. Tego nie wypiorę.
Ryszard wrócił w sobotę przed południem, jak zwykle. Wszedł, zdjął buty, powiedział „cześć, Bożena" tym samym tonem co zawsze - ani za ciepło, ani za zimno. Normalnie. Zapytałam, jak na działce. Pokiwał głową, że dobrze, że Zdzisiek postawił nowe słupki, że jeszcze ze dwa weekendy i będzie gotowe.
- A wieczorem co robiliście? - zapytałam, nalewając mu herbatę.
Nawet się nie zawahał.
- Grillowaliśmy. Zdzisiek kupił karkówkę, no wiesz, jak on to robi, na czosnku z musztardą.
Patrzyłam na niego i szukałam czegoś - drgnięcia powieki, odwróconego wzroku, czegokolwiek. Nic. Mój mąż kłamał mi prosto w twarz z taką łatwością, jakby mówił, która jest godzina.
I wtedy pomyślałam: od jak dawna to robi? Nie od pół roku. Od jak dawna Ryszard umie tak kłamać?
Przez następny tydzień chodziłam jak we mgle. W pracy Krysia z kadr pytała, czy się dobrze czuję, bo dwa razy pomyliłam faktury. Powiedziałam, że nie śpię, że pewnie ciśnienie. W domu robiłam wszystko jak zawsze - obiad, pranie, zakupy w Biedronce. Ryszard nic nie zauważył. A może zauważył i miał to gdzieś.
W środę wieczorem, kiedy Ryszard oglądał mecz, wzięłam jego telefon z szafki w przedpokoju. Znałam kod - rocznica ślubu, 0806. To by było śmieszne, gdyby nie było takie smutne. Weszłam w wiadomości.
Nic. Czysto. Żadnych podejrzanych kontaktów, żadnych serduszek, żadnych skasowanych rozmów - a raczej wszystko było skasowane tak starannie, że aż to krzyczało. Bo Ryszard normalnie miał w telefonie bałagan jak w szufladzie z narzędziami. SMS-y sprzed trzech lat, nieodczytane powiadomienia, stare zdjęcia. A teraz - porządek. Ktoś go nauczył sprzątać.
W czwartek zadzwoniłam do Zdziśka. Nie wprost, nie jestem głupia. Zadzwoniłam pod pretekstem, że szukam kontaktu do jego żony Teresy, bo potrzebuję przepisu na nalewkę wiśniową na imieniny teściowej.
- Teresę to najlepiej w piątek wieczorem złap - powiedział Zdzisiek dobrodusznie. - Bo w tygodniu pracuje do późna, a w piątki jest w domu, to sobie pogadacie.
- A ty w piątki? Na działce? - zapytałam lekko, jakby między słowami.
Zaśmiał się.
- Gdzie tam na działce, zimą jeszcze jakoś jeździłem, ale teraz to dopiero od maja się za to wezmę. Trzeba ogarnąć po zimie, no wiesz.
Więc nie było żadnych piątkowych spotkań. Żadnej karkówki na czosnku. Żadnych słupków. Ryszard po prostu wyjeżdżał gdzieś na cały wieczór, a Zdzisiek nawet nie wiedział, że jest alibi.
Tego wieczoru upiekłam szarlotkę. Nie wiem dlaczego. Może potrzebowałam zająć ręce czymś konkretnym - obierać jabłka, kroić, mieszać ciasto. Ryszard zjadł dwa kawałki i powiedział, że dawno tak dobra nie była. Uśmiechnęłam się. Bolało, jakby ktoś wbijał szpilkę pod żebro.
W piątek rano Ryszard powiedział, że po pracy jedzie do Zdziśka. Pokiwałam głową. Poszedł do łazienki. Słyszałam, jak się goli. W piątek. Ryszard golił się w piątki rano od pół roku, a ja to widziałam i nie widziałam. Wcześniej golił się w poniedziałki i czwartki, bo tak miał od lat. Piątkowe golenie było nowe. I nikt mi tego nie musiał tłumaczyć.
O siedemnastej wyszedł. Pocałował mnie w czubek głowy. Powiedział „pa, Bożenko". Nigdy nie mówił „Bożenko". Zawsze „Bożena" albo „no to lecę". Bożenko. To słowo było jak policzek.
Usiadłam w kuchni. Wyjęłam bilet z kieszeni fartucha - trzymałam go tam cały tydzień jak dowód w sprawie sądowej. Rząd ósmy, dwa miejsca, piątek, 20:15. Pomyślałam o kobiecie, która siedziała obok mojego męża w rządzie ósmym. Czy jest młodsza? Pewnie tak. Czy jest ładniejsza? Może. Czy wie, że Ryszard ma żonę, dwoje dzieci i kredyt na mieszkanie na Bielanach? Tego nie wiem.
Mogłam go śledzić. Mogłam pojechać za nim, zobaczyć, potwierdzić. Mogłam zrobić awanturę, rzucać talerzami, krzyczeć. Mogłam zadzwonić do córki Magdy i syna Tomka, zebrać rodzinny sąd. Mogłam pójść do prawnika w poniedziałek rano.
Zamiast tego zrobiłam coś innego.
Poszłam do sypialni, otworzyłam szafę i wyjęłam walizkę. Nie dużą - tę mniejszą, granatową, którą brałam na sanatorium do Ciechocinka dwa lata temu. Spakowałam bieliznę, dwie bluzki, spodnie, kosmetyczkę, ładowarkę do telefonu. Na wierzch położyłam zdjęcie dzieci ze szkolnego przedstawienia - Magda w koronie z kartonu, Tomek z drewnianym mieczem. Zamknęłam walizkę i postawiłam ją przy drzwiach wejściowych.
Potem usiadłam z powrotem w kuchni. Nalałam sobie herbatę. I czekałam.
Nie wiedziałam, na co czekam. Na to, aż wróci? Na to, aż sama podejmę decyzję? Na to, aż ta walizka przy drzwiach powie mi coś, czego jeszcze nie umiem sobie powiedzieć?
Ryszard miał wrócić około dwudziestej trzeciej. Była dziewiętnasta. Herbata stygła. Za oknem kwitły kasztany na osiedlu, dzieci biegały po podwórku, ktoś z parteru puszczał radio. Normalny piątkowy wieczór.
Walizkę mogłam jeszcze rozpakować.