
Syn poprosił, żebym wzięła na siebie chwilówki jego firmy - „mnie już nie dają, a ciebie nie sprawdzą tak dokładnie". Spłacam je drugi rok z emerytury. W niedzielę wnuczka pochwaliła się, że tata kupił nowe auto.
Mała Zuzia wbiegła do mojej kuchni jak burza, z warkoczykami podskakującymi na ramionach, i nawet butów nie zdjęła. „Babciu, babciu, tata ma nowe auto! Srebrne! I ma ekran taki duży jak telewizor!" Kręciła się po przedpokoju, udając, że prowadzi, a ja stałam z garnkiem w ręku i czułam, jak coś mi się zaciska w środku. Nie w sercu - niżej. W żołądku. Tam, gdzie siedzi wstyd, którego nie potrafisz nikomu wytłumaczyć.
Odstawiłam garnek na kuchenkę, wytarłam ręce w ścierkę i powiedziałam to, co zawsze: „Super, kochanie, opowiesz babci przy obiedzie". A potem poszłam do łazienki, zamknęłam drzwi na zasuwkę i usiadłam na brzegu wanny. Musiałam posiedzieć. Policzyć. Na spokojnie.
Bo to nie jest tak, że ja nie umiem liczyć. Trzydzieści lat przepracowałam w księgowości w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem. Bilanse, faktury, rozrachunki - to było moje życie. Emerytury mam dwa tysiące osiemset czterdzieści złotych netto. Mogłabym powiedzieć, że to niewiele, ale przez lata dawałam radę. Rachunki za mieszkanie na Ratajach - siedemset z kawałkiem. Leki na tarczycę i ciśnienie - sto pięćdziesiąt. Jedzenie, jakieś chemia, drobne wydatki. Zostawało mi coś na koniec miesiąca. Czasem nawet na kino z Teresą z trzeciego piętra.
Zostawało. Do tamtego dnia.
Dariusz zadzwonił w środę wieczorem, pamiętam, bo leciał „Klan" i myślałam, że to Teresa pyta o jutrzejszy spacer. Ale to był syn. Głos miał taki, jaki miał zawsze, kiedy czegoś potrzebował - ciepły, trochę niższy niż zwykle, jakby się pochylał nad telefonem, żeby nikt nie słyszał.
„Mamo, mam do ciebie sprawę. Ale nie przez telefon. Mogę wpaść jutro po pracy?"
Wpadł. Usiadł w kuchni, zjadł dwa placki ziemniaczane, wypił herbatę i dopiero po dwudziestu minutach zaczął mówić. Że firma - zakład instalatorski, który prowadził od sześciu lat - ma chwilowy problem z płynnością. Że kontrahent nie zapłacił dużej faktury. Że bank odmówił mu kredytu obrotowego, bo miał już jeden niespłacony. Że potrzebuje pieniędzy na materiały, bo ma zlecenie warte dużo więcej, ale musi najpierw zainwestować.
„Ile?" - zapytałam.
„Piętnaście tysięcy. Na początek."
Piętnaście tysięcy. Nie miałam piętnastu tysięcy. Na koncie leżało niecałe cztery. Powiedziałam mu to. A on wtedy wyciągnął telefon i pokazał mi stronę jakiejś firmy pożyczkowej. „Mamo, weź to na siebie. Mnie już nie dają, bo mam za dużo zobowiązań. Ale ciebie nie sprawdzą tak dokładnie. Emerytka, bez kredytów, czysty BIK. Pójdzie od ręki."
Patrzyłam na niego i widziałam dwunastoletniego chłopca, który kiedyś wrócił ze szkoły z podbitym okiem, bo stanął w obronie kolegi. Takiego chłopca wychowałam. Samodzielnego, pracowitego - po ojcu, chociaż Andrzej umarł, kiedy Darek miał dziewiętnaście lat i od tamtej pory to on był „mężczyzną w rodzinie". To on przybijał półki, woził mnie do lekarza, na święta przyjeżdżał zawsze pierwszy.
Podpisałam. Piętnaście tysięcy z pierwszej chwilówki. RRSO - nawet nie patrzyłam. Liczył się syn.
Trzy miesiące później zadzwonił znowu. Kontrahent nadal nie zapłacił, ale za to pojawił się nowy klient, duża inwestycja, potrzeba jeszcze dziesięć tysięcy. „Ostatni raz, mamo. Przysięgam."
Potem było jeszcze osiem tysięcy w marcu. I pięć w czerwcu - „tylko na chwilę, na tydzień, oddam z następnej faktury". Nie oddał.
Łącznie wzięłam na siebie trzydzieści osiem tysięcy złotych w pożyczkach pozabankowych. Raty zjadają mi tysiąc czterysta miesięcznie. Z dwóch tysięcy ośmiuset. Zostaje mi tysiąc czterysta na wszystko. Na mieszkanie, leki, jedzenie, życie.
Przestałam kupować mięso. Nie dlatego, że jestem wegetarianką - dlatego, że kilogram schabu kosztuje dwadzieścia złotych, a za dwadzieścia złotych mogę mieć cztery zupy w proszku i chleb na trzy dni. Teresa zaprosiła mnie kiedyś na kawę do nowej cukierni na Jeżycach. Powiedziałam, że nie mogę, bo mam wizytę u lekarza. Nie miałam żadnej wizyty. Po prostu nie stać mnie na szarlotkę za czternaście złotych.
A Dariusz? Dariusz żyje. Ma się dobrze. Kiedy pytam o pieniądze, mówi „mamo, ogarniam to, daj mi jeszcze trochę czasu". Odwiedza mnie raz na dwa tygodnie, przywozi wnuczce lizaki, a mnie - słoik miodu albo paczkę herbaty. Jakby to wyrównywało rachunek.
W niedzielę przyjechał nowym autem. Srebrny SUV, wielki jak łódź, z tymi czarnymi felgami, które podobno kosztują tyle co moja miesięczna emerytura. Zuzia biegała dookoła i krzyczała z radości, synowa Agnieszka stała obok i uśmiechała się - taki spokojny, zadowolony uśmiech kobiety, której mąż „wreszcie sobie na to zasłużył".
Nikt nie patrzył na mnie. Nikt nie widział, że stoję przy oknie z filiżanką taniej, sypkiej herbaty i przeliczam w głowie: tysiąc czterysta razy dwanaście miesięcy razy jeszcze dwa lata. To trzydzieści trzy tysiące sześćset złotych. Odsetek. Samych odsetek, bo kapitału to ja w tych ratach prawie nie spłacam.
Wieczorem, kiedy wszyscy już pojechali, usiadłam przy kuchennym stole i rozłożyłam wszystkie rachunki. Pięć umów pożyczkowych. Każda z innym terminem. Każda z innymi odsetkami. Kalkulowałam na kartce, jak za dawnych czasów w mleczarni - kolumna przychodów, kolumna rozchodów. Saldo zawsze na czerwono.
Potem wzięłam telefon i zaczęłam pisać wiadomość do Darka. „Synku, musimy porozmawiać. Nie dam rady dłużej." Palec zawisł nad przyciskiem wyślij. I wtedy pomyślałam o Zuzi - jak kręciła się po kuchni w tych brudnych bucikach i krzyczała o srebrnym aucie taty. O Agnieszce, która pewnie nie ma pojęcia. O Darku, który może naprawdę wierzy, że zaraz wszystko się odwróci, że ta wielka inwestycja w końcu wypali, że odda mi co do grosza.
A może nie wierzy. Może po prostu wie, że mama nie odmówi. Że mama nigdy nie odmawia.
Skasowałam wiadomość. Potem napisałam ją jeszcze raz. Innymi słowami, ostrzej. I znowu skasowałam.
Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, co zrobiłam - i że to ja złożyłam te podpisy. Nikt mi ręki nie prowadził. Trzydzieści lat w księgowości, a na własnych rachunkach okazałam się kompletną analfabetką. Bo to nie były rachunki. To było coś gorszego. To była miłość przeliczona na raty.
Dziś rano otworzyłam skrzynkę pocztową. Leżał tam kolejny list z firmy pożyczkowej - uprzejme przypomnienie o zaległej racie z kwietnia. Schowałam go do szuflady, pod stos rachunków za prąd, gdzie trzymam wszystkie pozostałe.
Jutro jest czwartek. Dariusz dzwoni zwykle w czwartki. Może tym razem odbiorę i powiem. A może znowu zapytam tylko, jak tam Zuzia i czy firma idzie dobrze. I usłyszę: „Wszystko się układa, mamo. Daj mi jeszcze trochę czasu."
Nie wiem, ile jeszcze tego czasu mam.