
Mąż umarł w październiku. Sprzątając szafę, w kieszeni jego marynarki znalazłam umowę pożyczki na trzydzieści tysięcy. Rata co miesiąc, od roku. Spłacałam ją z naszego wspólnego konta i nawet o tym nie wiedziałam.
Siedziałam na podłodze w sypialni z tą umową na kolanach i przez długą chwilę nie potrafiłam zrozumieć tego, co czytam. Litery się rozjeżdżały. Tysiąc dwieście czterdzieści złotych miesięcznie - rata kapitałowo-odsetkowa, potrącana piętnastego każdego miesiąca. Przez rok. Dwanaście razy ktoś ściągał z naszego konta pieniądze, a ja - Bożena, sześćdziesiąt jeden lat, żona Tadeusza od trzydziestu czterech lat - patrzyłam na wyciągi i nie widziałam.
Bo nie sprawdzałam. Bo mu ufałam. Bo Tadeusz zawsze powtarzał: „Bożenka, ja się zajmuję rachunkami, ty się nie martw". I ja się nie martwiłam. Przez ponad trzydzieści lat.
Tadeusz umarł nagle. Rozległy zawał, w warsztacie, przy samochodzie klienta. Sześćdziesiąt trzy lata. Mechanik samochodowy z Woli, który całe życie pachniał olejem silnikowym i mydłem Lux, bo zawsze mył ręce przed obiadem, choć nigdy do końca nie dało się zmyć czerni spod paznokci. Pochowaliśmy go na Powązkach, w grobie obok jego matki. Przyszło pół osiedla. Sąsiadka Krysia powiedziała: „Porządny człowiek odszedł". I ja też tak myślałam.
Aż do tamtego wtorku, kiedy zaczęłam porządkować szafę.
Początkowo szukałam tylko jego dokumentów do ZUS-u - musiałam załatwić formalności z rentą rodzinną. Syn Grzegorz mówił, żebym się nie spieszyła, że pomogą z żoną. Córka Marzena dzwoniła z Wrocławia codziennie. Ale ja chciałam sama - bo w tym sprzątaniu był jeszcze Tadeusz. W każdej kieszeni, w każdym złożonym swetrze, w zapachu jego ubrań.
Marynarka wisiała z tyłu szafy. Granatowa, ta od ślubu Marzeny. Tadeusz założył ją może dwa razy. Wsunęłam rękę w wewnętrzną kieszeń i wyczułam kopertę. Pomyślałam, że to stara kartka od lekarza albo wizytówka. Ale to była umowa. Dwie strony, drobny druk, pieczątka firmy pożyczkowej - nawet nie banku, tylko jednej z tych firm, które reklamują się w telewizji między serialami.
Trzydzieści tysięcy złotych. Data umowy: październik poprzedniego roku. Dokładnie rok przed śmiercią.
Ręce mi się trzęsły, kiedy wstukiwałam hasło do bankowości internetowej na tablecie. Tadeusz założył to konto, Tadeusz ustawił przelewy. Ja miałam dostęp, owszem - ale wchodziłam tam może raz na kwartał, sprawdzić saldo. I to saldo zawsze się zgadzało. Mniej więcej.
Teraz przeglądałam historię miesiąc po miesiącu. Był. Przelew wychodzący, co miesiąc, piętnastego. „Spłata rat - umowa nr..." - ciąg cyfr, który nic mi nie mówił. Zaczęło się w listopadzie ubiegłego roku. Ostatni ściągnięto we wrześniu, miesiąc przed jego śmiercią. Zostało jeszcze osiemnaście rat.
Osiemnaście razy tysiąc dwieście czterdzieści złotych. Ponad dwadzieścia dwa tysiące złotych. Moje pieniądze.
Zadzwoniłam do Grzegorza, bo nie wiedziałam, do kogo innego. Przyjechał wieczorem, usiadł przy kuchennym stole, przeczytał umowę, pokręcił głową.
- Mamo, tata nigdy nic nie mówił o żadnej pożyczce.
- Mnie też nie - powiedziałam, choć to było oczywiste.
- Na co mu trzydzieści tysięcy?
I to było pytanie, które od tamtego dnia nie dawało mi spokoju. Na co? Warsztat przynosił dochód - nie wielki, ale stabilny. Nie mieliśmy długów. Nie kupowaliśmy niczego dużego. Żadnego remontu, żadnego samochodu, żadnych wyjazdów. Gdzie poszły te pieniądze?
Grzegorz zabrał się za to jak detektyw. Sprawdził wyciągi, szukał dużych przelewów wychodzących. I znalazł. Seria wpłat na konto, którego nie znaliśmy - co miesiąc, różne kwoty, od dwóch do pięciu tysięcy. Zaczęły się równo z pożyczką.
Konto należało do Lucyny Maj.
Nie znałam żadnej Lucyny Maj. Grzegorz też nie. Córka Marzena, kiedy zadzwoniłam wieczorem, milczała przez chwilę, a potem powiedziała cicho:
- Mamo, może to nie jest to, co myślisz.
- A co myślę, Marzenko? - spytałam, choć obie wiedziałyśmy.
Nie spałam trzy noce. Czwartej poszłam do warsztatu Tadeusza - oficjalnie zamkniętego, bo nikt jeszcze nie wiedział, co z nim dalej. W biurku znalazłam stary telefon, zapasowy, o którym wiedziałam - Tadeusz trzymał go na wypadek, gdyby ten główny się zepsuł. Włączyłam. Bateria padła, ale po naładowaniu wyświetliły się wiadomości.
Lucyna pisała: „Tadeusz, rata za mieszkanie znowu wzrosła. Nie dam rady sama". I dalej: „Bardzo ci dziękuję. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła". I jeszcze: „Bartek dostał piątkę z matmy. Mówi, że chce być mechanikiem jak pan Tadeusz".
Bartek. Dziecko. Nie kochanka - kobieta z dzieckiem, której mąż pomagał finansowo. Ale dlaczego?
Odpowiedź znalazł Grzegorz, kiedy dotarł do akt w warsztacie. Lucyna Maj pracowała u Tadeusza jako księgowa przez dwa lata, zanim zachorowała. Rak. Straciła pracę, mąż ją zostawił, została sama z synem. Tadeusz nigdy nam o niej nie powiedział. Ani słowa.
Zadzwoniłam do Lucyny. Odebrała po szóstym sygnale, głosem kobiety, która się boi telefonów od nieznanych numerów.
- Pani Lucyno, mówi Bożena Krawczyk. Żona Tadeusza.
Cisza. Długa, gęsta. Potem szept:
- Pani Bożeno, ja... Ja nie wiedziałam, że pani nie wie. Tadeusz mówił, że się z panią dogadał. Że razem zdecydowaliście.
Usiadłam ciężko na krześle. Razem zdecydowaliśmy. Tadeusz wziął pożyczkę na trzydzieści tysięcy, obciążył nasze wspólne konto, pomagał obcej kobiecie - i powiedział jej, że ja o tym wiem i się zgadzam.
Marzena powiedziała, że ojciec zrobił coś pięknego. Grzegorz powiedział, że ojciec nie miał prawa dysponować wspólnymi pieniędzmi w tajemnicy. Ja nie wiedziałam, co powiedzieć. I nadal nie wiem.
Została jeszcze sprawa osiemnastu rat. Firma pożyczkowa dzwoni regularnie - ja jestem spadkobierczynią, dług przeszedł na mnie. Lucyna, którą w końcu spotkałam osobiście - drobna, zmęczona kobieta z jasnymi włosami i rękami, które ciągle się ruszały, jakby szukały zajęcia - powiedziała, że odda wszystko, co może, ale jej „wszystko" to dwieście złotych miesięcznie.
A Bartek - chudy dwunastolatek w za dużej bluzie - stał w drzwiach i patrzył na mnie oczami, w których nie było żadnego podstępu, tylko ten sam strach, który widziałam u syna, kiedy Grzegorz był mały i bał się, że coś zrobił źle.
Piętnastego każdego miesiąca patrzę, jak z konta schodzi kolejna rata. Mogłabym pójść do prawnika. Mogłabym zażądać od Lucyny spłaty. Mogłabym powiedzieć: to nie mój dług, to decyzja męża, który mnie oszukał.
I miałabym rację. Ale Tadeusz nie żyje, a ja wciąż nie wiem, co jest gorsze - że mi nie powiedział, czy że tak dobrze mnie znał, iż wiedział, że powiedziałabym „nie".