
Syn poprosił o 40 tysięcy na remont łazienki. Wzięłam kredyt, bo z emerytury tyle nie miałam. Po trzech miesiącach pojechałam go odwiedzić - łazienka wyglądała tak samo. Na podjeździe stał nowy samochód.
Stałam na tym podjeździe, dotykałam palcami maski srebrnego SUV-a, który pachniał jeszcze salonem, i czułam, jak nogi mi się robią miękkie. Nie od razu to do mnie dotarło. Przez pierwszych kilka sekund myślałam: może to nie jego, może ktoś zostawił, może kupił używany za grosze. Człowiek szuka wytłumaczenia, zanim pogodzi się z tym, co widzi.
Ale tablice były nowe. I naklejka dealera z Poznania, gdzie Darek mieszka od dziesięciu lat.
Mam na imię Halina, w grudniu skończę sześćdziesiąt cztery lata. Trzydzieści osiem lat przepracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Kępnem, potem w starostwie powiatowym. Emerytura niecałe trzy tysiące. Każdy, kto żyje za takie pieniądze, wie, że czterdzieści tysięcy to nie jest kwota, którą się ma. To kwota, którą się bierze - z banku, z bólem brzucha, z ratami rozłożonymi na pięć lat.
Darek zadzwonił pod koniec stycznia. Pamiętam, bo właśnie wracałam z cmentarza - trzynasta rocznica śmierci Staszka, mojego męża. Zimno było okrutne. Darek dzwonił rzadko, więc od razu odebrałam, jeszcze zanim ściągnęłam rękawiczki.
- Mamo, muszę cię o coś prosić. Wiem, że to dużo, ale nie mam do kogo się zwrócić.
Mówił szybko, jakby się bał, że mu przerwę. Że łazienka się sypie, że grzyb na ścianach, że Kasia - jego żona - jest w ciąży z drugim dzieckiem i nie mogą tak mieszkać. Że hydraulik wycenił wszystko na trzydzieści osiem tysięcy, ale z małym zapasem potrzebuje czterdziestu.
- Oddam ci, mamo, w ratach. Jak tylko dostanę premię w marcu.
Nie pytałam długo. Matka nie pyta długo, kiedy syn mówi, że mu grzyb rośnie po ścianach, a synowa jest w ciąży. Następnego dnia poszłam do banku. Pani za okienkiem spojrzała na moją emeryturę i na kwotę, potem na mnie, i powiedziała cicho: „Rata wyjdzie ponad sześćset miesięcznie, jest pani pewna?". Byłam pewna. Podpisałam.
Przelałam mu pieniądze drugiego lutego. Darek napisał SMS-a: „Dziękuję Mamo, jesteś najlepsza. Zaczynamy w przyszłym tygodniu". I tyle. Przez trzy miesiące nie przyjechał, nie zaprosił, nie przysłał zdjęcia. Dzwoniłam dwa razy - raz Kasia odebrała i powiedziała, że remont trwa, bałagan straszny, lepiej teraz nie przyjeżdżać. Za drugim razem Darek sam odebrał, ale się spieszył, mówił, że jest w pracy, że zadzwoni wieczorem. Nie zadzwonił.
Na początku maja, w piątek, wsiadłam w pociąg do Poznania. Nie uprzedzałam. Nie dlatego, że chciałam sprawdzać - po prostu stęskniłam się za wnuczką. Zuzia miała skończyć trzy lata, a ja nie widziałam jej od Wigilii. Kupiłam różowego pluszaka i pudełko krowiek, bo Kasia lubi krowki. W pociągu zjadłam kanapkę z serem i wyobrażałam sobie, jak Zuzia będzie piszczeć na widok misia.
Taksówka z dworca kosztowała trzydzieści złotych. Kiedy podjechaliśmy pod ich domek na obrzeżach - taki szeregowy, z małym ogródkiem - od razu zobaczyłam ten samochód. Nie pasował. Wszystkie inne auta na podjeździe były normalne, używane, z rysami. Ten błyszczał jak z reklamy.
Darek otworzył drzwi w dresie. Na jego twarzy zobaczyłam coś, czego nie chcę widzieć nigdy więcej u własnego dziecka - ten błysk strachu, kiedy ktoś wie, że został przyłapany. Trwało to ułamek sekundy, zaraz się uśmiechnął, objął mnie, wziął torbę.
- Mamo! Czemu nie dzwoniłaś? Bałagan mamy straszny.
Weszłam. Bałaganu nie było. Kasia siedziała na kanapie z Zuzią, brzuch już spory. Przywitała się, ale jakoś nie patrzyła mi w oczy. Popiłam herbatę, pogłaskałam Zuzię po główce, a potem poprosiłam o łazienkę.
Darek zaczął mówić coś o tym, że jeszcze nie skończyli, że hydraulik ich wystawił, że musiał szukać innego. Ale ja już stałam w drzwiach łazienki i widziałam. Te same pęknięte kafle, ta sama wanna z żółtym nalotem, ta sama bateria, z której kapało w Wigilię. Nie zmienił się nawet uchylony uchwyt szafki, który Staszek - mój Staszek - naprawiłby w dziesięć minut.
Nie krzyknęłam. Chciałam, ale nie krzyknęłam. Zamknęłam drzwi łazienki, usiadłam na zamkniętej desce klozetowej i przez chwilę patrzyłam na tę baterię. Kap. Kap. Kap. Sześćset dwadzieścia złotych miesięcznie przez pięć lat, pomyślałam. I to kapanie.
Wyszłam z łazienki z suchymi oczami. Darek stał w korytarzu, oparty o ścianę, z rękami w kieszeniach dresu.
- Mamo, ja ci wszystko wytłumaczę.
- Wytłumacz - powiedziałam.
I wtedy zaczął. Że stary samochód się zepsuł, że bez auta nie dojedzie do pracy, że premii nie było, że chciał oddać, ale nie miał z czego, że Kasia nie wie o kredycie - myśli, że pieniądze na auto wziął z oszczędności. Mówił coraz ciszej, jakby sam siebie słyszał i sam sobie nie wierzył.
- A łazienka? - zapytałam.
- Zrobię. Latem. Obiecuję.
To słowo - „obiecuję" - zabrzmiało jak coś, co już kiedyś słyszałam i czego nie chcę słuchać po raz kolejny. Staszek, jak umierał, prosił: obiecaj mi, że Darek nie będzie miał ciężko. Obiecałam. I dotrzymuję - kosztem sześćset dwudziestu złotych miesięcznie z emerytury, która ledwo starcza na życie.
Kasia weszła do korytarza z Zuzią na ręku.
- Coś się stało?
Patrzyłam na syna. Darek patrzył na mnie. W jego oczach było błaganie - żebym nie powiedziała, żebym była tą mamą, która zawsze kryje, zawsze wybacza, zawsze udaje, że nie widzi. Całe jego dzieciństwo tak robił, kiedy rozbił wazon, kiedy oblał matematykę, kiedy wrócił pijany po studniówce. Patrzył na mnie dokładnie tak samo.
Zuzia wyciągnęła rączki i powiedziała „babcia!", a ja ją wzięłam i przytuliłam tak mocno, że pisnęła ze śmiechu.
- Nie, kochanie - powiedziałam do Kasi. - Nic się nie stało. Tylko poprosiłam Darka, żeby w końcu naprawił tę baterię.
Wróciłam do Kępna ostatnim pociągiem. Siedziałam przy oknie i liczyłam - nie pieniądze, ale lata. Pięć lat kredytu. Zuzia będzie miała osiem. Drugie dziecko - pięć. Ja będę miała prawie siedemdziesiąt. Czy Darek odda choć złotówkę? Nie wiem. Czy powinnam była powiedzieć Kasi? Może. Czy następnym razem, kiedy zadzwoni z prośbą, odbiorę telefon?
W torebce miałam jeszcze pudełko krowiek. Zapomniałam je zostawić. Otworzyłam je i zjadłam jedną, patrząc w ciemność za oknem. Była za słodka.