Syn zadzwonił po pięciu latach milczenia - w środę o siódmej rano. Powiedział, że martwi się o moje zdrowie i chce mnie zabrać do siebie. Przyjechał po obiedzie z gotowym aktem notarialnym i długopisem.

Stałam w przedpokoju z mokrymi jeszcze rękami - zmywałam talerze po obiedzie, zupę pomidorową zjadłam sama, jak zawsze. A Marcin stał w progu z teczką pod pachą i uśmiechem, którego nie widziałam od pięciu lat. Wyglądał dobrze. Trochę przybrał na wadze, miał nową kurtkę, pachniał innymi perfumami niż te, które mu kiedyś kupowałam na imieniny. Nie powiedział „cześć, mamo". Powiedział „no, to wchodzę?".

Wpuściłam go. Bo co miałam zrobić - zamknąć drzwi przed własnym synem? Przez pięć lat wyobrażałam sobie ten moment tysiąc razy. W każdej wersji płakałam ze szczęścia. A tu stałam sucha jak pieprz i patrzyłam, jak Marcin rozgląda się po moim mieszkaniu na Gocławiu, jakby taksował metraż.

- Ładnie tu masz - powiedział, dotykając framugę w kuchni. - Remontujesz?

- Dwa lata temu wymieniłam okna - odpowiedziałam. - Herbaty?

- Chętnie.

Nastawiłam czajnik. Ręce mi drżały, ale odwróciłam się tyłem, żeby nie widział. Sześćdziesiąt trzy lata, trzydzieści osiem lat macierzyństwa - i wciąż ta sama potrzeba, żeby przed dzieckiem wyglądać na silną.

Marcin usiadł przy stole i zaczął mówić. Że jest mu przykro. Że te pięć lat to był błąd. Że Magda - jego żona - teraz inaczej na to patrzy. Że mają dom pod Piasecznem, dużo miejsca, osobny pokój na parterze, ogródek. Że ja tu sama, po tych schodach na trzecie piętro bez windy, z kolanem, z ciśnieniem.

Słuchałam i robiłam herbatę. Dwie łyżeczki cukru, jak lubił kiedyś. Postawiłam przed nim kubek - ten z Kołobrzegu, jedyny, który został z kompletu.

- Skąd wiesz o kolanie? - zapytałam.

- Mamo, dzwoniłem do Kryśki.

Kryśka. Moja siostra. Jedyna osoba, która przez te pięć lat miała kontakt z obojgiem - ze mną i z Marcinem. I ani razu mi nie powiedziała, że syn pyta. Albo może nie pytał aż do teraz.

- Kryśka powiedziała ci o kolanie, a ty od razu przyjechałeś? - Starałam się, żeby to nie brzmiało jak zarzut. Ale brzmiało.

Marcin odstawił kubek.

- Mamo, ja tu nie przyjechałem się kłócić. Przyjechałem z konkretną propozycją.

I wtedy wyciągnął teczkę. A z teczki - stos papierów. Na wierzchu akt notarialny. Przeczytałam nagłówek i poczułam, jak herbata staje mi w gardle.

Akt darowizny. Mieszkanie przy Meissnera XX/XX na Gocławiu. Na rzecz Marcina Janusza Nowakowskiego.

- To formalność - powiedział szybko, widząc moją minę. - I tak bym je kiedyś odziedziczył. Ale jak przepiszesz teraz, to podatkowo lepiej wychodzi. A ty i tak zamieszkasz u nas, będziesz miała opiekę, spokój.

Patrzyłam na niego i widziałam jednocześnie dwie osoby. Tego małego Marcinka, który w trzeciej klasie narysował mi na Dzień Matki serce z kredek świecowych i podpisał „dla nejmilszej mamy na swiece". I tego czterdziestoletniego mężczyznę, który po pięciu latach milczenia przyjechał z gotowym aktem i długopisem, jakby to była wizyta u notariusza, a nie u matki.

- Marcin - powiedziałam cicho. - Dlaczego się do mnie nie odzywałeś?

- Mamo, to skomplikowane. Wiesz, jak było. Po tym, co powiedziałaś na weselu Ani...

Wiedziałam. Na weselu siostrzennicy, pięć lat temu, przy stole, po dwóch kieliszkach wina powiedziałam Magdzie, że moim zdaniem za szybko chce trzeciego dziecka, skoro ledwo dają radę z dwójką i kredytem. Powiedziałam to, bo się martwiłam. Magda to odebrała inaczej. Marcin stanął po stronie żony. Miał prawo. Ale pięć lat?

- To, co powiedziałam, było nietaktowne - przyznałam. - Ale pięć lat bez jednego telefonu na święta?

- Mamo, nie chcę wracać do tego. Chcę iść do przodu. Dlatego tu jestem.

Do przodu. Z aktem notarialnym.

Wstałam i podeszłam do okna. Z trzeciego piętra widać było kasztanowce na podwórku - te same, pod którymi Marcin jeździł na rowerze w latach dziewięćdziesiątych. Kupiłam to mieszkanie za pieniądze, które zbieraliśmy z Henrykiem przez dwanaście lat. Henryk umarł na raka w dziewięćdziesiątym ósmym. Marcin miał wtedy piętnaście lat. Wyciągałam go sama - na jednej wypłacie księgowej w spółdzielni mleczarskiej. To mieszkanie to był jedyny dowód, że coś mi się w życiu udało.

- Mieszkanie zostawię ci w testamencie - odezwałam się, nie odwracając od okna. - Ale przepisywać teraz nie zamierzam.

Cisza. Długa, ciężka. Słyszałam, jak Marcin oddycha nosem, jak robił zawsze, gdy się denerwował.

- Mamo, to bez sensu. Ty tu sama nie dasz rady.

- Daję radę od pięciu lat. Jakoś nikt się nie martwił.

- No właśnie dlatego chcę to zmienić! - Podniósł głos. Pierwszy raz tego dnia przestał kontrolować ton. - Myślisz, że mi łatwo tu przyjść i prosić? Myślisz, że mi się to podoba?

Odwróciłam się. Miał czerwoną twarz i ten sam grymas co Henryk, gdy nie umiał powiedzieć tego, co czuł.

- A czy tobie łatwo? - zapytałam. - Powiedz mi szczerze, Marcin. Czy to był twój pomysł, czy Magdy?

Nie odpowiedział od razu. Spuścił wzrok na akt notarialny leżący między nami na stole, obok kubka z Kołobrzegu i talerza z resztką sernika.

- To nasz wspólny pomysł - powiedział w końcu. Ale nie patrzył mi w oczy.

Pokiwałam głową. Siadłam naprzeciwko niego. Przesunęłam papiery na jego stronę stołu.

- Zostań na kolacji - powiedziałam. - Zrobię naleśniki. Takie jak lubisz, z twarogiem i rodzynkami.

Marcin patrzył na mnie, jakby nie rozumiał, w jakim języku mówię.

- A akt...?

- Akt sobie zabierz. Ale na kolację zostań.

Został. Jedliśmy naleśniki prawie w milczeniu. Kiedy wychodził, w przedpokoju zatrzymał się i powiedział cicho:

- To może wpadnę w niedzielę? Z dziećmi?

Poczułam, jak coś mi ściska gardło. Wnuków nie widziałam od pięciu lat. Bartek miał teraz dziesięć lat, Zuzia osiem, a trzeciego - Filipa - znałam tylko ze zdjęcia, które Kryśka mi kiedyś pokazała na telefonie.

- Wpadnij - powiedziałam.

Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami. Na kuchennym stole leżał jeszcze długopis, który Marcin zostawił. Zwykły, niebieski. Taki, jakim podpisuje się dokumenty, które zmieniają wszystko.

Schowałam go do szuflady, pod rachunki za prąd. Jeszcze nie wiem, czy w niedzielę naprawdę przyjedzie. Nie wiem też, czy gdyby przyjechał bez teczki, otworzyłabym mu szerzej. Ale wiem jedno - to mieszkanie jest moje. I dopóki tu stoję, nikt mi nie powie, że nie daję rady.

Tylko dlaczego, kiedy zmywałam po naleśnikach jego talerz, płakałam jak wtedy, gdy Henryk umarł?