
Córka zostawia u mnie wnuki pięć dni w tygodniu od września. W piątek upadłam na schodach i skręciłam kostkę. Zadzwoniłam do niej. „Mamo, a na poniedziałek dasz radę? Bo z Tomkiem lecimy do Wrocławia."
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Siedziałam na kanapie z kostką otuloną w worek z lodem, noga na poduszce, a w słuchawce już leciało dalej - że Tomek ma spotkanie służbowe, że ona go wspiera, że bilety kupione dwa tygodnie temu, że hotel zarezerwowany z basenem na dachu. Powiedziałam „dobrze" i się rozłączyłam. Dopiero potem zaczęłam płakać.
Ale cofnę się. Bo ta historia nie zaczęła się w piątek na schodach. Zaczęła się we wrześniu, kiedy Patrycja - moja jedyna córka - zadzwoniła do mnie z takim specyficznym głosem, który znam od lat. Głosem, który mówi „mamo, będę cię prosić o coś dużego, ale podaję to jak małą rzecz".
- Mamo, słuchaj, Zuzia idzie do zerówki, a Kacper do drugiej klasy. Z Tomkiem pracujemy do piątej. Mogłabyś je odbierać ze szkoły i pilnować u siebie do wieczora? Tak od poniedziałku do piątku. Tymczasowo.
Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt trzy lata, mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Gocławiu. Od dwóch lat jestem na emeryturze - przedtem trzydzieści lat w księgowości w firmie budowlanej. Mąż Ryszard zmarł pięć lat temu na raka trzustki. Patrycja jest moją jedyną córką, Zuzia i Kacper moimi jedynymi wnukami. I kiedy mówię „jedynymi" - to nie jest poetycka figura. To jest fakt, który Patrycja potrafi używać jak dźwignię.
- Tymczasowo to ile? - zapytałam wtedy we wrześniu.
- No, do końca roku szkolnego. Może krócej, bo Tomek szuka kogoś na stałe, jakąś nianię czy opiekunkę.
Zgodziłam się. Bo jak miałam się nie zgodzić? To moje wnuki. Kocham je bardziej niż cokolwiek na tym świecie. Kacper ma oczy po dziadku i ten sam sposób marszczenia nosa, kiedy się nad czymś zastanawia. Zuzia mówi do mnie „babciu kochana" i przytula się tak mocno, jakby chciała wejść mi do środka. Dla nich zrobiłabym wszystko.
Problem w tym, że „wszystko" okazało się naprawdę wszystkim.
Codziennie o trzynastej zamykałam mieszkanie i szłam na przystanek. Autobus na Pragę Południe, potem pieszo do szkoły. Kacper wychodził o trzynastej trzydzieści, Zuzia o czternastej. Między jednym a drugim stałam pod płotem z innymi babciami - bo tam samych babć było ze dwanaście. Potem prowadziłam oboje do siebie. Obiad - gotowałam rano, wstawałam o szóstej. Odrabianie lekcji z Kacprem, który nienawidzi matematyki i przy każdym zadaniu mówi „babciu, ja nie rozumiem, ja nigdy nie zrozumiem". Zabawa z Zuzią, która potrzebuje uwagi jak kwiat wody - ciągle, równomiernie, bez przerwy. Potem kąpiel, bo Patrycja prosiła, żeby przychodziły do niej czyste i w piżamach. Kolacja. I o dziewiętnastej, czasem o dwudziestej, dzwonek do drzwi.
- Cześć, mamo, dzięki, jedziemy - mówiła Patrycja, ledwie przekraczając próg.
Tomek czekał w aucie na dole. Nigdy nie wchodził. Ani razu od września nie wszedł na górę, żeby powiedzieć „dzień dobry, dziękuję". Mówię to bez złości - stwierdzam fakt. Patrycja pakowała dzieci, plecaki, buty i znikała. Zostawała mi kuchnia do zmywania, łazienka do wycierania i ciało, które o dwudziestej pierwszej bolało tak, że ledwo docierałam do łóżka.
Moja przyjaciółka Lucyna - znamy się od czterdziestu lat, razem pracowałyśmy w tej samej firmie - powiedziała mi w październiku prosto w oczy:
- Bożena, ty jesteś darmową nianią. Pracujesz czterdzieści godzin tygodniowo za darmo, a emerytura leci ci na obiady i prąd.
Miała rację z tymi obiadami. Patrycja na początku zostawiała mi trzysta złotych miesięcznie „na jedzenie dla dzieci". Trzysta złotych. Za obiady i podwieczorki dla dwójki dzieci przez dwadzieścia dni. Nie muszę tłumaczyć, że dokładałam z własnej emerytury, która po odliczeniu czynszu i leków zostawia mi niecały tysiąc na życie.
Ale nie o pieniądze mi chodziło. Naprawdę nie. Chodziło o to, że córka przestała mnie widzieć.
Nie widziała, że w listopadzie zaczęłam brać dwa ibuprofeny dziennie na kolana, bo po schodach z dziećmi nie mogłam chodzić bez bólu. Nie widziała, że zrezygnowałam z rehabilitacji kręgosłupa, bo terminy kolidowały z odbieraniem Zuzi. Nie widziała, że w grudniu na Wigilii usiadłam przy stole i po raz pierwszy nie ugotowałam dwunastu potraw, bo nie miałam na to ani siły, ani pieniędzy - zrobiłam pięć, a Tomek skrzywił się przy barszczu i powiedział „trochę mdły".
Nie powiedziałam nic. Ugryzłam się w język tak mocno, że poczułam krew.
A potem przyszedł piątek. Dwudziesty szósty marca. Wracałam z piwniczki, gdzie trzymam ziemniaki. Schody w bloku - strome, wąskie, z połamanymi plastikowymi listwami na krawędziach. Prawa noga pojechała na mokrym stopniu. Usłyszałam trzask - nie wiem, czy naprawdę, czy mi się wydawało - i upadłam na kolano, a potem na bok. Leżałam na tych schodach może pięć minut, z siatką ziemniaków rozsypaną dookoła, i myślałam: „Jutro sobota, dzieci nie przychodzą, mam czas się pozbierać".
Pierwsza myśl - nie o sobie. O poniedziałku. O tym, czy zdążę wyzdrowieć, żeby odebrać Kacpra i Zuzię.
Lekarz na izbie przyjęć powiedział: skręcenie kostki, stopień drugi, bandaż elastyczny, lód, noga do góry, minimum tydzień bez chodzenia. Minimum. Wróciłam do domu taksówką, bo Patrycji nie chciałam niepokoić - to był piątek wieczór, pewnie odpoczywali z Tomkiem. Zadzwoniłam do niej dopiero w sobotę rano.
I wtedy usłyszałam to zdanie: „Mamo, a na poniedziałek dasz radę? Bo z Tomkiem lecimy do Wrocławia."
Cisza w słuchawce trwała może trzy sekundy - ale starczyła, żeby coś we mnie pękło. Nie z hukiem. Raczej jak nitka, która po miesiącach naciągania wreszcie puszcza.
- Patrycja - powiedziałam. - Ja nie mogę chodzić.
- No tak, ale do poniedziałku to dwa dni, może odpocznie ci noga. Kacper jest już duży, pomoże. Ja bym nie prosiła, ale te bilety…
- Bilety - powtórzyłam.
- No nie wściekaj się od razu. Mamo, ja też potrzebuję żyć. Nie mogę ciągle tylko pracować i dzieci, dzieci, dzieci. Tomek mówi, że muszę odpuścić, bo się wypalę.
Chciałam powiedzieć: „A ja się nie wypalę?". Chciałam powiedzieć: „Tomek nawet nie wchodzi na górę powiedzieć mi dzień dobry". Chciałam powiedzieć: „Córeczko, ja cię kocham, ale ty mnie zjadasz żywcem i nawet tego nie widzisz". Ale nie powiedziałam żadnej z tych rzeczy. Powiedziałam coś, czego sama się nie spodziewałam.
- Nie dam rady.
I rozłączyłam się.
Telefon dzwonił jeszcze cztery razy tego dnia. Nie odebrałam. Przyszedł SMS: „Mamo, przesadzasz. Zadzwoń jak ochłoniesz." Potem drugi: „Kogo mam prosić? Nie mam nikogo oprócz Ciebie." I ten drugi bolał bardziej niż kostka. Bo wiedziałam, że to prawda - ale wiedziałam też, że ta prawda stała się bronią.
W niedzielę wieczorem zadzwoniła jeszcze raz. Odebrałam.
- Dobrze - powiedziała chłodno. - Tomek poprosił koleżankę z pracy. Lecimy jutro rano. Dzieci będą u niej.
- Dobrze - odpowiedziałam.
- Ale chcę, żebyś wiedziała, że jestem rozczarowana. Myślałam, że mogę na ciebie liczyć.
Nie odpowiedziałam. Odłożyłam telefon na stolik, obok kubka z zimną herbatą i bandażem elastycznym. Spojrzałam na lodówkę, na której magnesy trzymały rysunki Zuzi - dom, słońce, trzy postacie podpisane „babcia, Zuzia, Kacper". Nie było tam Patrycji. Nie było Tomka.
Siedzę teraz z nogą na poduszce i myślę o tym, co będzie, kiedy wrócą z Wrocławia. Czy Patrycja zadzwoni. Czy powie „przepraszam". Czy ja chcę, żeby przeprosiła - czy raczej chcę, żeby w końcu zapytała: „Mamo, jak ty się czujesz?". Nie o kostkę. O wszystko.
Lucyna mówi, że powinnam postawić granice. Że jeśli teraz cofnę się i w poniedziałek znowu powiem „dobrze", to będzie tak do końca. Ale Lucyna nie ma wnuków. Nie wie, jak to jest, kiedy Zuzia mówi „babciu, nie odchodź" i chwyta cię za palec. Jak to jest - wiedzieć, że jeśli powiesz „nie", to może stracisz nie tylko córkę, ale i te małe ręce na swojej dłoni.
Jutro poniedziałek. Patrycja jest we Wrocławiu. Dzieci u jakiejś koleżanki Tomka, której nawet imienia nie znam. A ja siedzę sama na kanapie w mieszkaniu, które pachnie jeszcze kredkami Zuzi, i nie wiem, co zrobić - powiedzieć córce to wszystko, co od miesięcy leży mi na sercu, czy znów ugryźć się w język i w środę otworzyć drzwi z uśmiechem, kiedy Kacper powie „babciu, co na obiad?".
Bo ja wiem, co powiem. Tylko nie wiem jeszcze, czy to będzie odwaga - czy tchórzostwo.