
Syn co miesiąc podsyła mi listę rzeczy do kupienia wnukom - buty, kurtki, przybory szkolne. W październiku wyszło z tego tysiąc dwieście złotych z mojej emerytury. Ich nowe auto stało pod blokiem, kiedy przynosiłam siatki.
Hyundai Tucson, grafitowy, z takim lakierem, co się błyszczał nawet w październikowym deszczu. Postawiłam siatki na chodniku i stałam tak chwilę, bo palce mi zdrętwiały od rączek foliówek. Cztery pary butów zimowych - po parze dla każdego wnuka, bo Tomek napisał, że „dzieci rosną i nie mają w czym chodzić". Stałam i liczyłam w głowie. Buty, kurtka dla Zosi, kombinezon dla Kuby, plecak, bo tamten się rozdarł. Tysiąc dwieście złotych. Z emerytury, która wynosi dwa tysiące sześćset.
- Mamo, czemu stoisz na dworze? Zmarzniesz! - synowa Agnieszka otworzyła drzwi klatki, uśmiechnięta, w nowej puchowej kamizelce. - Dawaj te torby, pomogę.
Wzięła jedną siatkę i od razu zajrzała do środka. Wyjęła pudełko z butami Zosi, obejrzała, pokiwała głową.
- O, fajne. Ale wiesz co, te od CCC to może lepiej byłoby, bo Zosia chce takie z misiem...
Nie odpowiedziałam. Weszłam za nią po schodach na drugie piętro, trzymając się poręczy, bo kolano znów dawało o sobie znać. Od trzech miesięcy czekałam na wizytę u ortopedy. Na NFZ termin wypadał w lutym.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od dwóch lat jestem na emeryturze. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w księgowości w zakładach mięsnych pod Poznaniem. Mam jednego syna - Tomka. Tomek ma trzydzieści osiem lat, żonę Agnieszkę i czwórkę dzieci: Zosię, Kubę, Olka i małą Hanię. Mieszkają piętro pode mną, w tym samym bloku na Piątkowie. Kiedy cztery lata temu brali to mieszkanie na kredyt, ucieszyłam się. Wnuki blisko, syn blisko. Pomyślałam, że starość będzie łatwiejsza.
Nie myślałam, że będzie taka droga.
Zaczęło się niewinnie. Tomek zadzwonił kiedyś z pracy i poprosił: „Mamo, kupisz Zosi zeszyt do nut? Ma jutro lekcję muzyki i zapomnieliśmy." Zeszyt do nut kosztował sześć złotych. Powiedziałam: jasne, synku, nie ma sprawy. Potem był plecak gimnastyczny, potem farby plakatowe, potem buty na WF. Drobnostki. Nie liczyłam, bo to przecież wnuki, a ja babcia. Babcia daje.
Nie wiem, kiedy drobnostki zamieniły się w listę. W dosłowną listę - Tomek zaczął wysyłać mi ją SMS-em, pod koniec każdego miesiąca. „Mamo, dzieci potrzebują:" - i punkty. Jak zamówienie do hurtowni. Buty zimowe Zosia 33, buty zimowe Kuba 28, kurtka Olek 140, rajstopy Hania 5 par. Pod spodem czasem dopisek: „Jakbyś mogła do piątku, to super, bo w weekend jedziemy do Ikei i nie będziemy mieli czasu na zakupy."
Do Ikei mieli czas. Na zakupy dla własnych dzieci - nie.
Tomek zarabiał dobrze. Pracował jako kierownik zmiany w magazynie logistycznym. Agnieszka prowadziła mały sklep internetowy z biżuterią - miewała lepsze i gorsze miesiące, ale nie narzekała. Razem ciągnęli kredyt, ale żyli normalnie. Latem pojechali na tydzień do Chorwacji. We wrześniu Agnieszka wstawiła na Facebooka zdjęcie nowej kanapy - skórzanej, narożnej, takiej z wysuwaną częścią do leżenia. A w październiku pod blokiem stanął ten Hyundai.
A ja stałam z siatkami i bolącym kolanem.
Tamtego wieczoru po raz pierwszy usiadłam przy kuchennym stole i wypisałam na kartce wszystko, co kupiłam wnukom od stycznia. Miałam paragony - bo paragony zawsze odkładam, nawet za chleb, taka księgowa ze mnie została na wieki. Siedziałam do dziesiątej, dodawałam kolumny. Wyszło mi siedem tysięcy czterysta złotych od początku roku. Siedem tysięcy czterysta. To były prawie trzy moje emerytury.
Ręce mi się trzęsły, kiedy odkładałam kalkulator. Nie ze złości - z czegoś gorszego. Ze wstydu. Że pozwoliłam na to. Że się nie odezwałam. Że każdą listę przyjmowałam jak polecenie służbowe i szłam do sklepu jak automat.
Następnego dnia Tomek zadzwonił.
- Mamo, zapomniałem dopisać - Olek potrzebuje strój na jasełka. Biała koszula i czarne spodnie, wiesz, eleganckie. I jeszcze Hania potrzebuje nowe body, bo z tamtych wyrosła.
Siedzenie w fotelu. Telewizor wyciszony. Za oknem szarość Piątkowa.
- Tomek - powiedziałam. - Ile kosztowało to wasze nowe auto?
Cisza.
- Mamo, co to ma do rzeczy?
- Ile?
- To leasing, mamo, nie kupiliśmy za gotówkę. Nie rozumiesz tych rzeczy. - - Rozumiem rachunki. Trzydzieści osiem lat dodawałam rachunki. I policzyłam, ile w tym roku wydałam na wasze dzieci. Wiesz, ile wyszło?
- Mamo, nie rób z tego afery. My ci oddamy, jak się pozbieramy...
- Nie chcę, żebyście oddali. Chcę zrozumieć, dlaczego wasz syn nosi buty kupione z mojej emerytury, a pod blokiem stoi samochód za sto pięćdziesiąt tysięcy.
Tomek milczał. Słyszałam, jak oddycha. Potem powiedział cicho, takim głosem, jakiego nie znałam u niego od lat:
- Bo ty nigdy nie powiedziałaś „nie". Więc myślałem, że ci to nie przeszkadza. Że chcesz. Że to jest... normalne. Że babcie tak robią.
I rozłączył się.
Trzy dni nie dzwonił. Cztery. Piąć. Widziałam przez okno, jak Agnieszka wyprowadza dzieci do szkoły. Zosia szła w tych butach, które kupiłam - różowe, z kożuszkiem w środku. Nie pomachała mi, ale pewnie mnie nie widziała zza firanki.
Szóstego dnia przyszedł. Bez zapowiedzi, wieczorem. Stanął w drzwiach z reklamówką. W środku było opakowanie moich ulubionych ciastek - tych z Biedronki, z galaretką wiśniową - i koperta.
- To za październik - powiedział, nie patrząc mi w oczy. - I... przepraszam, mamo. Naprawdę nie widziałem, że to tak wygląda.
W kopercie było tysiąc dwieście złotych. Co do złotówki.
Zrobiłam herbatę. Usiedliśmy w kuchni. Tomek grzał ręce o kubek i mówił, że Agnieszka jest na niego wściekła. Że powiedziała mu, że to wstyd prosić matkę na emeryturze o kupowanie dzieciom butów. Że się pokłócili.
- Agnieszka to powiedziała? - zdziwiłam się szczerze.
- Agnieszka nie wiedziała o listach, mamo. Myślała, że ty sama to kupujesz, bo chcesz. Bo jesteś taka babcia, co lubi dawać. Jak jej powiedziałem, że ci wysyłam listę co miesiąc... Nigdy jej takiej nie widziałem.
Piłam herbatę i patrzyłam na syna. Na te jego zmęczone oczy, na ręce, które obracały kubek. Czterdziestoletni mężczyzna, który wciąż nie odróżniał babcinej miłości od babciego obowiązku.
- Tomek - powiedziałam. - Ja was kocham. Wnuki kocham. Ale z tej emerytury muszę jeszcze żyć. Mam kolano, które wymaga operacji. Mam rachunki za prąd, które rosną co kwartał. Mam siebie.
Pokiwał głową.
- Wiem, mamo. Wiem.
Tamtego wieczoru poszedł do siebie, a ja zostałam w kuchni z kopertą i niedopitą herbatą. Włożyłam pieniądze do szuflady, pod rachunki za prąd. Ciastek nie otworzyłam.
Listopad przyszedł bez listy. Grudzień też. Tomek przychodził z dziećmi w niedzielę na obiad, Agnieszka przynosiła sernik. Było miło, spokojnie, normalnie. A ja i tak nie mogłam przestać myśleć o jednym: że mój syn przez cały rok wysyłał mi listę zakupów jak do dostawcy. I że gdybym tamtego wieczoru nie zapytała o auto - wysyłałby ją dalej.
Kocham go. Ale to pytanie - kogo tak naprawdę widzi, kiedy patrzy na matkę - zostało ze mną na dobre.