Od pół roku przy każdej wizycie słyszę o „mamie Nowaków": jaka szczęśliwa w ośrodku, jakie zajęcia, jaka opieka całodobowa. Nowakowej nie znam, ośrodka nie planuję. W niedzielę odpowiedziałam: „a u Kowalskich babcia mieszka z rodziną i też podobno szczęśliwa. Może być?".

Cisza, która po tym zdaniu zapadła w mojej kuchni, trwała może pięć sekund. Ale te pięć sekund wystarczyło, żeby zobaczyć twarz własnej córki - napięte wargi, lekko rozszerzone oczy, ten ruch dłoni, kiedy chowała telefon do torebki, jakby nagle potrzebowała czegoś do roboty.

Renata odstawiła filiżankę herbaty, powiedziała „no dobrze, mamo" i zaczęła zbierać się do wyjścia. Był kwadrans po trzeciej. Zwykle siedziała do piątej.

Mam na imię Halina i od trzech lat jestem wdową. Zbyszek odszedł w lutym, dwa tygodnie po naszej czterdziestej rocznicy ślubu. Zawał - szybko, bez pożegnania, w przedpokoju, jeszcze w kurtce, bo wracał ze sklepu z mlekiem i chlebem. Mleko się nie rozlało, bo było w kartonie. Chleb leżał przy ścianie. Takie rzeczy pamięta się na zawsze - że chleb był żytni, ten z Biedronki, który lubił. Mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Pradze-Południe, drugie piętro, blok z osiemdziesiątego drugiego roku.

Mam sześćdziesiąt trzy lata, sprawne nogi, sprawną głowę i córkę Renatę, która przyjeżdża w niedziele.

Kiedyś przyjeżdżała też Bożenka, moja młodsza. Ale Bożenka trzy lata temu wyjechała z mężem do Irlandii i teraz dzwoni w środy wieczorem, regularnie jak zegarek. Opowiada o pogodzie w Cork, o cenach masła i o tym, że Kubuś - mój wnuczek - świetnie mówi po angielsku. Nie narzekam. Każdy ma swoje życie.

Problem zaczął się w październiku, kiedy potknęłam się na chodniku przed blokiem i skręciłam kostkę. Nic poważnego - opatrunek, tydzień z kulą, potem jeszcze ze dwa tygodnie ostrożnego chodzenia. Ale Renata przyjechała wtedy w środku tygodnia, zobaczyła mnie z tą kulą i coś się w niej przełączyło. Od tamtej pory przy każdej wizycie jest test.

Nie mówi tego wprost, bo Renata nigdy niczego nie mówi wprost. Ona sugeruje. Pyta, czy pamiętam, żeby brać leki na ciśnienie. Pyta, czy zamykam gaz. Pyta, czy „nie jest mi smutno tu samej, w tym dużym mieszkaniu". A potem zaczęły się opowieści o mamie Nowaków.

- Wiesz, mamo, pani Nowakowa jest zachwycona. Mówi, że mama jest szczęśliwsza niż kiedykolwiek. Mają tam zajęcia plastyczne, gimnastykę, wspólne obiady...

Za pierwszym razem pokiwałam głową. Za drugim zapytałam, kim jest ta Nowakowa. Za trzecim zrozumiałam, że Nowakowa to pretekst. Za szóstym - że to plan.

Renata ma czterdzieści lat, pracuje w księgowości w firmie budowlanej na Mokotowie, ma męża Dariusza i dwójkę nastolatków. Wiem, że jest zmęczona. Widzę to - szare cienie pod oczami, sposób, w jaki siada na krześle, jakby dopiero tu mogła na chwilę odpuścić. Dariusz pracuje w delegacjach, bywa w domu trzy dni w tygodniu. Córka Zuzia ma piętnaście lat i „przechodzi okres" - co to znaczy, Renata nie precyzuje, ale domyślam się, że chodzi o trzaskanie drzwiami. Syn Kacper ma dwanaście i podobno nie odrywa się od komputera.

Rozumiem, że moja córka nie ma siły na wszystko. Rozumiem nawet, że myśl o matce, która mieszka sama w bloku i może się znowu potknąć, nie daje jej spokoju. Ale jest różnica między troską a decyzją podjętą za kogoś.

W styczniu Renata przyniosła folder. Kolorowy, na błyszczącym papierze - „Dom Seniora Pogodna Jesień" albo coś w tym stylu, nie pamiętam dokładnej nazwy, bo odłożyłam go na komodę i więcej nie otworzyłam. Na okładce starsza pani z idealnym uśmiechem trzymała pędzel i malowała coś, co wyglądało jak zachód słońca. W tle kwiaty. Czysty koc. Wygodny fotel.

- Mamo, ja nie mówię, że teraz - powiedziała Renata, poprawiając serwetę na stole, której nie trzeba było poprawiać. - Ale może warto się rozejrzeć? Na przyszłość? Żebyś miała opcje?

Opcje. Jakbym wybierała abonament telefoniczny.

Nie powiedziałam tego głośno. Zaparzyłam herbatę, podałam sernik, zapytałam o Zuzię. Renata opowiedziała, że Zuzia chce przekłuć nos, a Dariusz się nie zgadza. Normalny niedzielny temat. Folder leżał na komodzie jak nieotwarta faktura.

Przez następne tygodnie próbowałam to sobie ułożyć w głowie. W nocy, kiedy blok cichł i było słychać tylko tykanie zegara w salonie - tego samego zegara, który Zbyszek kupił na pchlim targu trzydzieści lat temu i sam naprawił - pytałam samą siebie, czy jestem nierozsądna. Może Renata ma rację? Może kiedyś rzeczywiście nie dam rady? Schody bez windy, zakupy, zima i lód na chodniku.

Ale „kiedyś" to nie jest „teraz". Teraz wstaję o szóstej, robię sobie kawę, podlewam kwiaty na balkonie, idę do sklepu, gotuję obiad - dla siebie, ale gotuję. W czwartki chodzę z Krysią z czwartego piętra na spacer do parku Skaryszewskiego. W piątki dzwoni Bożenka z Cork. W soboty oglądam serial i jem jabłka z działki Wandy - sąsiadki z parteru, która ma ROD na Zielonce.

Mam swój rytm. Swoje ściany. Swoją kuchnię z kaflami, które Zbyszek kładł sam, krzywo w jednym rogu, i za każdym razem, kiedy patrzę na ten krzywy rząd, uśmiecham się, bo słyszę jego głos: „Halina, nikt nie patrzy za lodówkę".

W niedzielę Renata przyjechała jak zwykle. Przyniosła drożdżówki z cukierni na Grochowskiej. Usiadłyśmy w kuchni. Była jakaś bardziej zdecydowana niż zwykle - wyprostowana, z tym swoim tonem, który ma, kiedy dzwoni do urzędu skarbowego.

- Mamo, rozmawiałam z Nowakami. Ich mama naprawdę rozkwitła. Ma tam koleżanki, chodzą razem na spacery, nikt nie musi się martwić, że coś się stanie w nocy...

I wtedy powiedziałam to. Spokojnie, bez złości - a przynajmniej tak mi się wydawało.

- A u Kowalskich babcia mieszka z rodziną i też podobno szczęśliwa. Może być?

Renata zamarła. Widziałam, jak przetwarzała to zdanie - że to nie jest pytanie o Kowalskich, że to jest pytanie o nią. Czy mogłabyś. Czy chciałabyś. Czy w ogóle bierzesz pod uwagę, że można inaczej.

- Mamo, to nie jest takie proste - powiedziała cicho.

- Wiem, córeczko - odpowiedziałam. - Nic nie jest takie proste.

Wyszła wcześniej. Drożdżówki zostały na stole, niedojedzone. Umyłam filiżanki, wytarłam blat, podlałam fiołki na parapecie. Usiadłam w fotelu Zbyszka - tym wysiedzianym, z wgniecioną poduszką, której nigdy nie odwracam, bo pasuje do mnie tak samo jak pasowała do niego.

Wieczorem zadzwoniła Bożenka z Cork. Opowiedziała o deszczu i o tym, że Kubuś dostał szóstkę z matematyki. Nie wspomniałam o Renacie. Nie wspomniałam o Nowakach.

Ale kiedy się rozłączyłam, folder wciąż leżał na komodzie. I po raz pierwszy pomyślałam, że może powinnam go otworzyć. Nie dlatego, że Renata ma rację. Nie dlatego, że się boję. Tylko dlatego, że chciałam wiedzieć, przed czym dokładnie się bronię - i czy na pewno wiem, o co tak naprawdę walczę.

Zegar Zbyszka tykał w ciemności. Krzywe kafle za lodówką nikt nie widział. A ja siedziałam w fotelu i nie wiedziałam, czy to jest odwaga, czy upór - i czy jest między nimi jakakolwiek różnica.