Na endoprotezę czekałam dwadzieścia sześć miesięcy - termin wypadł siódmego lipca. Rodzina jęknęła: „przełóż, mamo, mamy Majorkę, kto się tobą zajmie?!". Nie przełożyłam; zajęły się mną Renia i rehabilitantka Kasia. Wrócili opaleni, ja - chodząca bez laski. Oba urlopy się udały.

Tak to brzmi w skrócie. Czysto, ładnie, z puentą. Tyle że życie nie jest skrótem i między każdym zdaniem tej historii leżą noce, w których nie mogłam zasnąć z bólu - kolana albo czegoś innego, trudniejszego do nazwania.

Zaczęło się trzy lata temu, w grudniu, kiedy na chodniku przed Biedronką poślizgnęłam się na lodzie i upadłam tak, że usłyszałam trzask we własnym kolanie. Przyjechał Andrzej, mój syn. Pomógł mi wstać, zawiózł na izbę.

Rentgen, ortopeda, wyrok: gonarthroza, trzeci stopień, kwalifikacja do endoprotezy. Kolejka - ponad dwa lata. „Mamo, to przeżyjesz, połóż nogę wyżej" - powiedział Andrzej na parkingu. Miał wtedy głowę gdzie indziej, bo akurat zmieniał pracę i remontował łazienkę. Rozumiałam.

Mam na imię Halina, sześćdziesiąt trzy lata, całe życie w Poznaniu. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w księgowości - najpierw w spółdzielni mleczarskiej, potem w hurtowni budowlanej, wreszcie na własnej działalności, bo koleżanka mnie namówiła.

Emerytura od dwóch lat. Mąż, Zbigniew, odszedł osiem lat temu - zawał w warsztacie samochodowym, między toyotą a oplem, w środku dnia. Zostałam z dwójką dorosłych dzieci: Andrzej, trzydzieści osiem lat, żonaty z Patrycją, dwójka małych; i Gosia, trzydzieści pięć, singielka, pracuje w korporacji we Wrocławiu, przyjeżdża raz na dwa miesiące, dzwoni raz w tygodniu - w niedzielę, punktualnie o dwudziestej.

Te dwadzieścia sześć miesięcy oczekiwania na operację były jak osobny etap życia. Biodro lewej nogi kompensowało kolano prawej i samo zaczęło protestować. Chodziłam coraz gorzej. Schody na trzecie piętro bloku na Winogradach stały się moją codzienną Golgotą. Laska, potem druga laska, potem wstyd, że sąsiadka Renia niesie mi siatkę z zakupami.

Renia. O niej muszę powiedzieć osobno. Sąsiadka z naprzeciwka, siedemdziesiąt lat, wdowa jak ja, ale z taką energią, jakby ktoś jej podłączył turbo. Renia hoduje pomidory na działce, śpiewa w chórze parafialnym, chodzi na aqua aerobik i zna pół Winograd po imieniu. Kiedy trzy lata temu upadłam, to Renia pierwsza przyniosła rosół. Nie Andrzej, nie Gosia - Renia.

W maju tego roku przyszło pismo ze szpitala. Termin operacji: siódmy lipca. Poczułam ulgę tak fizyczną, że nogi mi się ugięły. Usiadłam na taborecie w przedpokoju i zadzwoniłam do Andrzeja.

Cisza w słuchawce trwała jakieś pięć sekund. Potem usłyszałam: „Mamo, ale to lipiec. My mamy Majorkę od trzeciego do siedemnastego. Rezerwowaliśmy od września, nie da się przełożyć, zaliczka przepadnie."

Zadzwoniłam do Gosi. Gosia powiedziała: „Mamusiu, ja lecę z nimi, bo Patrycja mnie zaprosiła, już mam bilet. Może przełóż? Kolejka i tak jest długa, pewnie dadzą ci nowy termin szybko."

Szybko. Dwadzieścia sześć miesięcy to dla nich „szybko".

Nie płakałam. Otworzyłam okno, bo było duszno, i patrzyłam na podwórko, na ławkę, na której Zbyszek lubił siedzieć wieczorami. Pomyślałam, że gdyby żył, tobym nie miała tego problemu. Ale zaraz się poprawiłam - gdyby żył, pewnie sam by leżał po zawale i oboje bylibyśmy bezradni. Życie nie ma trybu warunkowego.

Następnego dnia zapukała Renia. „Halinka, słyszałam przez ścianę, jak rozmawiałaś z dziećmi. Ściany kartonowe, wiesz. Nie przełożysz tego."

„Nie przełożę" - powiedziałam.

„To ja się tobą zajmę. I znajdę ci rehabilitantkę, bo moja koleżanka z aqua aerobiku ma siostrzenicę, Kasię, fizjoterapeutkę. Młoda, ale dobra."

Andrzejowi powiedziałam krótko: jedźcie na Majorkę, dam sobie radę. Patrycja napisała SMS-a: „Dziękujemy mamo, odwdzięczymy się! ❤️". Gosia zadzwoniła w niedzielę o dwudziestej i powiedziała, że jak wrócą, to koniecznie mnie odwiedzą i przywiezie mi oliwę z oliwek. Z Majorki. Na kolano.

Operacja trwała dwie godziny. Obudziłam się na sali z trzema innymi kobietami. Pani z łóżka obok, Jadwiga, też po endoprotezie, spytała: „A pani kto odbierze?". Odpowiedziałam: „Sąsiadka." Jadwiga kiwnęła głową, jakby to było najbardziej naturalne zdanie na świecie.

Renia przyjeżdżała codziennie. Przywoziła rosół w słoiku, kompot z truskawek, czyste piżamy. Rozmawiała z lekarzami, notowała, pytała. Kiedy po czterech dniach wróciłam do domu, na stoliku w kuchni czekał wazon z kwiatami z jej działki i kartka: „Halinka, w lodówce kotlety. Kasia przyjdzie jutro o 10."

Kasia okazała się drobną dziewczyną z warkoczem i żelaznym uściskiem dłoni. Ćwiczyłyśmy codziennie. Bolało tak, że gryzłam poduszkę, ale Kasia powtarzała: „Pani Halino, każdy centymetr zgięcia to jest pani wolność." I miała rację.

Andrzej dzwonił co trzy dni. Z Majorki słyszałam śmiech dzieci w tle, szum wody, muzykę. „Mamo, jak kolano?". „Dobrze, synku, baw się." Odkładałam telefon i szłam na balkon, opierałam się o barierkę i robiłam przysiady przy poręczy, jak kazała Kasia. Raz zapłakałam - nie z bólu, tylko dlatego, że zachód słońca nad blokami był tak piękny, a ja stałam na dwóch nogach i nie bolało. Pierwszy raz od trzech lat.

Wrócili siedemnastego. Opaleni, wypoczęci, z oliwą i magnesem na lodówkę. Wnuki rzuciły mi się na szyję. Patrycja powiedziała: „Ojej, mamo, pani świetnie wygląda!". Andrzej popatrzył na mnie, potem na laskę stojącą w kącie - nieużywaną od czterech dni - i powiedział: „No, mamo, widzisz? Martwiłaś się niepotrzebnie. Wszystko się ułożyło."

Wszystko się ułożyło. Tak powiedział.

Ugryzłam się w język. Podałam im herbatę, pokroiłam sernik, który Renia upiekła rano. Gosia jadła i opowiadała o plaży, o jakimś barze z tapas, o tym, że Patrycja świetnie organizuje wyjazdy. „Mamo, następnym razem lecimy wszyscy!" - powiedziała.

Uśmiechnęłam się. Nie powiedziałam, że „następnym razem" może nie być żadnej Majorki, bo Renia ma siedemdziesiąt lat i problemy z ciśnieniem, i nie będzie wiecznie nosić mi rosołu. Nie powiedziałam, że Kasia wzięła symboliczną stawkę, bo Renia ją poprosiła. Nie powiedziałam, że były noce, kiedy leżałam w ciemności i zastanawiałam się, czy moje dzieci w ogóle rozumieją, co znaczy słowo „opieka".

Nie powiedziałam nic, bo kocham ich. I bo wiem, że Zbyszek powiedziałby: „Halina, nie rób afery." Więc nie robię.

Ale kiedy wieczorem zamknęłam drzwi i usiadłam w fotelu, zadzwoniłam do Reni. Odebrała po pierwszym sygnale.

„Reniu" - powiedziałam - „w niedzielę idziemy na aqua aerobik."

Renia się zaśmiała. „A twoje kolano?"

„Moje kolano jest moje. I ja o nie zadbam."

Wyłączyłam telefon i popatrzyłam na magnes z Majorki na lodówce. Ładna ta Majorka. Niebieska. Daleko.

Czasem najbliżsi ludzie mieszkają po drugiej stronie klatki schodowej.