Rodzinny fundusz wakacyjny: po dwieście od głowy, cały rok, słoik stał u mnie. Apartament córka zarezerwowała „idealny - na sześć osób, czyli my z dziećmi". Moje wpłaty oddali co do złotówki, w reklamówce: „przecież uczciwie". Uczciwie. Słoik stał u mnie, wakacje - beze mnie.

Reklamówkę postawiła na stole w kuchni, między moim kubkiem z herbatą a talerzem z sernikiem. Jednorazówka z Biedronki, wewnątrz banknoty złożone na pół. Nawet nie koperta. Nawet nie „mamo, przepraszam". Ania patrzyła gdzieś ponad moim ramieniem, jakby liczyła kafelki na ścianie.

- To twoje - powiedziała. - Dwa tysiące czterysta. Liczyłam dwa razy.

Ja też policzyłam. Dwanaście miesięcy po dwieście złotych. Zgadzało się co do złotówki. Matematycznie było uczciwie. Ludzko - nie wiem, jak to nazwać.

Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt dwa lata, od trzech na emeryturze. Mieszkam sama w bloku na Ratajach w Poznaniu, drugie piętro, dwa pokoje z kuchnią. Mąż Ryszard umarł siedem lat temu - wylew, w warsztacie, między rozłożonym silnikiem a kanapką z szynką. Miał pięćdziesiąt osiem lat. Zostałam z tą kanapką i z dwójką dorosłych dzieci: Anią i Tomkiem.

Pomysł z wakacyjnym funduszem był Ani. Przyszła w styczniu z takim błyskiem w oczach, jaki miała kiedyś jako dziecko, kiedy Ryszard obiecywał jej rower.

- Mamo, zróbmy coś razem. Wszyscy. Jak dawniej. Pamiętasz, jak jeździliśmy nad Bałtyk? Załóżmy wspólny fundusz, po dwieście od osoby miesięcznie, i latem wynajmiemy coś fajnego. Tomek z Kasią, ja z Bartkiem i dziećmi, i ty. Rodzinne wakacje.

Uśmiechnęłam się. Boże, jak ja się uśmiechnęłam. Po dwieście od głowy to dla mnie sporo - emerytura po Ryszardzie nie jest królewska, a ZUS swoje liczy. Ale odłożyłam. Każdego pierwszego, jak zegarek. Dwieście złotych do słoika. Tego dużego, po ogórkach, z metalową zakrętką. Stał na lodówce w mojej kuchni, bo Ania powiedziała, że u mnie będzie „najbezpieczniej".

Zbierali wszyscy. A przynajmniej tak myślałam. Tomek wpadał co miesiąc z banknotem, czasem z Kasią, czasem sam. Zawsze zostawał na herbatę, pytał o ciśnienie, naprawiał mi kran w lutym. Ania przychodziła rzadziej, ale wpłacała - czasem za siebie i Bartka razem, czasem osobno. Słoik rósł. Patrzyłam na niego każdego ranka, kiedy sięgałam po kawę, i czułam coś, czego nie czułam od pogrzebu Ryszarda - że gdzieś się z kimś wybieram. Że ktoś na mnie czeka.

W marcu Ania zaczęła mówić o Kołobrzegu. Pokazywała mi zdjęcia apartamentów na telefonie, przesuwała palcem, komentowała. „Tu jest widok na morze, ale kuchnia mała. Tu taras, ale daleko od plaży." Kiwałam głową. Nie znam się na tych portalach, ale cieszyłam się, że Ania się angażuje. Że to dla niej ważne.

W maju powiedziała, że znalazła ideał.

- Mamo, jest genialny. Kołobrzeg, druga linia od morza, taras, dwa łazienki, salon z aneksem. Na sześć osób.

- Na sześć - powtórzyłam. Policzmy: ja, Ania, Bartek, ich dwójka dzieci - Zuzia i Olek. To pięć. Tomek z Kasią - siedem. Na sześć osób?

Ania wtedy machnęła ręką.

- Tomek mówił, że chyba nie da rady, bo Kasia ma jakiś kurs w lipcu. Ale jeszcze nie wiadomo na pewno.

Nie zadzwoniłam do Tomka. Powinnam była. Zamiast tego wzięłam kolejne dwieście złotych i włożyłam do słoika.

W czerwcu Ania zabrała pieniądze - „żeby wpłacić zaliczkę". Przeliczyła przy mnie, rozłożyła na kupki na moim stole w salonie, zapisała w zeszycie. Pięć tysięcy osiemset złotych. Profesjonalnie. Ucałowała mnie w policzek i wyszła.

Dwa tygodnie później przyszła z reklamówką.

Stałam przy zlewie, myłam kubek. Nie od razu zrozumiałam.

- Aniu, a co to jest?

- Twoje pieniądze, mamo. Apartament jest na sześć osób i ja zarezerwowałam na nas z dziećmi.

- Na was z dziećmi - powtórzyłam powoli. - Czyli ty, Bartek, Zuzia, Olek. To cztery osoby.

- I Basia z Mirkiem. Przyjaciele Bartka. Dawno planowaliśmy razem gdzieś pojechać, a tu się idealnie złożyło.

Kubek wyślizgnął mi się z rąk. Nie rozbił się, bo zlew był pełny wody. Stał i kołysał się między talerzami.

- A ja? - zapytałam.

Ania westchnęła. Tym westchnieniem, które znam - cierpliwym, jakby tłumaczyła coś dziecku.

- Mamo, no pomyśl logicznie. Apartament jest na sześć osób. Nie mogę dokładać siódmej, bo właściciel nie pozwala. A z Basią i Mirkiem to ma sens, bo dzielimy koszty na trzy pary.

- Ale to miały być rodzinne wakacje.

- I są rodzinne. My z dziećmi. Mamo, nie rób sceny. Oddaję ci wszystko, co wpłaciłaś.

Nie robiłam sceny. Stałam przy zlewie z mokrymi rękami i patrzyłam na reklamówkę z Biedronki. Dwa tysiące czterysta złotych w banknotach. Dwanaście miesięcy nadziei w jednorazowej torbie.

- Przecież uczciwie - dodała Ania, już w progu.

Uczciwie. To słowo chodziło za mną przez następne dni jak echo w pustym pokoju. Budziłam się z nim o czwartej rano. Robiłam zakupy w Biedronce i myślałam: uczciwie. Podlewałam pelargonie na balkonie i myślałam: uczciwie.

Zadzwonił Tomek w czwartek.

- Mamo, słyszałem o tych wakacjach. Przepraszam, że nie powiedziałem wcześniej - Ania mnie postawiła przed faktem, że zmienia plany. Próbowałem ją przekonać, ale ona... Ty ją znasz.

Znam. Znam ją od trzydziestu czterech lat. Znam jej pierwsze słowo, pierwszy ząb, pierwsze kłamstwo. I znam ten ton - ten sam, który miał Ryszard, kiedy tłumaczył, dlaczego znów spędził cały weekend w warsztacie zamiast z nami. Racjonalny. Logiczny. Nie do podważenia.

- Tomku, a ty wiedziałeś, że mnie nie biorą?

Cisza. Trzy, cztery sekundy.

- Wiedziałem od maja - powiedział wreszcie. - Powinienem był ci powiedzieć. Nie powiedziałem. Przepraszam.

Przepraszam. Uczciwie. Przepraszam. Słowa, które nic nie kosztują.

Pieniądze schowałam do szuflady, pod rachunki za prąd. Nie chciałam ich widzieć. Słoik umyłam i postawiłam z powrotem na lodówce - pusty, czysty, pachnący octem. Nie wiem, po co go tam zostawiłam. Może z przyzwyczajenia. Może dlatego, że bez niego lodówka wyglądała jakoś nago.

Ania wyjechała w lipcu. Widziałam na Facebooku zdjęcia - Zuzia z lodami na plaży, Olek budujący zamek z piasku, Bartek z piwem na tarasie. Basia i Mirek, nieznajomi ludzie na moich wakacjach. Ania uśmiechnięta, opalona, w kapeluszu słomkowym. Pod jednym zdjęciem napisała: „Rodzinny wypad, najlepsze wspomnienia".

Rodzinny. Bez matki, ale rodzinny.

Nie skomentowałam. Nie zadzwoniłam. Nie napisałam. Zastanawiałam się, czy to jest moja duma, czy moja słabość.

Ania wróciła pod koniec lipca, opalona, z magnesem na lodówkę - latarnia morska, „Kołobrzeg 2024". Położyła go na stole, obok reklamówki z truskawkami - „prosto z bazarku, takie jak lubisz".

- Mamo, było super. Szkoda, że cię nie było - powiedziała, i zabrzmiało to tak, jakby pogoda była ładna i naprawdę szkoda, nic więcej.

Postawiłam wodę na herbatę. Wyjęłam dwa kubki. Przez chwilę patrzyłam na ten magnes - plastikowa latarnia, tandetna, z odchodzącą farbą.

- Aniu - zaczęłam. - W przyszłym roku nie będzie słoika.

Córka uniosła brwi.

- Nie będzie słoika - powtórzyłam. - Nie wiem jeszcze, co będzie. Ale słoika nie będzie.

Herbata stygła na stole. Ania mieszała łyżeczką, choć nie wsypała cukru. Milczałyśmy. Za oknem dzieciaki grały w piłkę na podwórku, słychać było ich wrzaski i stukot piłki o ławkę. Zwykły lipcowy wieczór na Ratajach.

Pusty słoik stał na lodówce i łapał ostatnie promienie słońca.