Gapcio wraca z „pilnowania" budowy zięcia brudny, głodny i strachliwy - trzeci weekend z rzędu. „To tylko pies, mamo, a stróż kosztuje." W sobotę nie otworzyłam: „stróż kosztuje, pies boleje - wynajmij stróża". Gapcio śpi w nogach. Budowa podobno stoi. Pies nie jest „tylko".

Pierwszy raz Gapcio wrócił z budowy w piątkowy wieczór, trzy tygodnie temu. Dariusz - mój zięć - przywiózł go pod klatkę i nawet nie wysiadł z auta. Zatrąbił. Wyjrzałam przez okno, zobaczyłam Gapcia na chodniku, z ogonem podwiniętym pod brzuch. Zbiegłam po schodach w kapciach. Pies drżał. Miał brudne łapy, sierść skołtunioną od błota, a na lewym uchu zadrapanie, jakby coś go drapnęło - drut, blacha, nie wiem.

Dariusz opuścił szybę i powiedział tylko: - Dziękuję, mamo. W niedzielę go zabiorę.

Nie zabrał. Zabrał w kolejny piątek rano, kiedy jechał na działkę budowlaną pod Piasecznem. A w niedzielę wieczorem znów trąbienie pod blokiem. I znów Gapcio - chudy, wystraszony, z pustą miską w pysku, którą mu dałam na drogę pełną karmy. Pusta. Kompletnie wylizana. Jakby nie jadł nic więcej.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze po czterdziestu latach pracy na poczcie w Warszawie. Ale to nie o mnie. To o Gapcia. I o moją córkę Kasię, która wybrała sobie męża, który traktuje żywe stworzenie jak alarm przeciwwłamaniowy na czterech łapach.

Gapcio trafił do Kasi, kiedy był szczeniakiem. Osiem lat temu. Kasia mieszkała wtedy jeszcze sama, w kawalerce na Grochowie, pracowała jako księgowa w małej firmie i chodziła na spacery z tym kundlem po trzy razy dziennie.

Gapcio - nazwa od tego, że szczeniak gapił się na wszystko z otwartym pyskiem, jakby świat go zachwycał. Średni pies, piaskowa sierść, jedno ucho stojące, drugie opadające. Kochany. Ufny. Taki, co kładzie łeb na kolanie i patrzy w oczy, jakby wiedział o tobie więcej niż ty sama.

Potem pojawił się Dariusz. Budowlaniec, własna firma, dwóch pracowników, biały bus. Kasia się zakochała. Ja się nie zakochałam - ale to nie moja sprawa, kogo córka sobie wybiera. Wzięli ślub dwa lata temu. Zamieszkali w wynajmowanym mieszkaniu na Bemowie, a Dariusz zaczął budować dom. Pod Piasecznem. Działka po jego rodzicach, projekt z internetu, fundament lanego lata. I nagle okazało się, że budowa potrzebuje stróża.

- Mamo, Gapcio i tak siedzi cały dzień sam, jak jesteśmy w pracy - powiedziała Kasia przez telefon, miesiąc temu. - A na budowie przynajmniej będzie miał przestrzeń. I pilnuje. Psy to lubią.

- Kasia, co ty opowiadasz. Gapcio to nie owczarek. Gapcio boi się burzy, odkurzacza i gołębi na parapecie.

- No właśnie, będzie szczekał na wszystko, to złodzieje się nie zbliżą.

Nie miałam argumentów, bo Gapcio nie jest moim psem. Jest ich. Mogłam tylko patrzeć, jak Dariusz w piątek rano ładuje psa do busa obok wiertarki i worków z cementem, a w niedzielę wieczorem oddaje mi trzęsące się zwierzę, bo „na budowie nie ma warunków na noc w niedzielę, a w poniedziałek i tak jadą do pracy".

Za pierwszym razem - umyłam Gapcia w wannie, dałam mu miskę ryżu z kurczakiem, pozwoliłam spać na kanapie. Za drugim razem - to samo, ale z zadrapaniem na uchu i pustą miską. Zadzwoniłam do Kasi.

- Kasiu, ten pies jest głodny. Ty mu tam zostawiasz jedzenie?

- Dariusz zostawia. Pewnie zjada od razu, bo się stresuje na nowym miejscu.

- Kasiu, on się boi. On drży.

- Mamo, to tylko pies. Przyzwyczai się. A stróż kosztuje ze dwa tysiące miesięcznie.

To tylko pies. Te trzy słowa zawisły mi w powietrzu jak dym papierosowy - niby nic, a dusi. Moja córka, która kiedyś płakała, bo Gapcio miał biegunkę. Moja córka, która robiła mu urodzinowe muffinki z marchewki. Powiedziała: to tylko pies.

Trzeci weekend. Piątek. Dariusz zatrąbił o szóstej rano. Wyszłam na balkon. Gapcio stał przy nodze Dariusza, a Dariusz trzymał go za obrożę, bo pies się cofał. Gapcio nie chciał wsiąść do busa. Dariusz go podniósł i wrzucił na pakę. Zamknął drzwi. Odjechał.

Cały weekend chodziłam jak struty. Gotowałam rosół i myślałam o Gapciu na tej budowie - sam, na placu pełnym gruzu, przywiązany do czego? Do ogrodzenia z siatki? Do palety? Ile ma wody? Czy ktoś do niego zagadał? Czy w nocy jest mu zimno?

W niedzielę wieczorem nie otworzyłam drzwi. Dariusz dzwonił domofonem trzy razy. Potem zadzwonił na telefon. Nie odebrałam. Napisał SMS: „Mamo, jestem z Gapciem pod klatką".

Odpisałam: „Stróż kosztuje, pies boleje - wynajmij stróża."

Zadzwoniła Kasia. Odebrałam.

- Mamo, co ty wyprawiasz? Gapcio jest zmęczony, chce odpocząć.

- No właśnie. Chce odpocząć. Nie chce pilnować budowy. Chce leżeć na kanapie, jeść z miski i żeby ktoś go pogłaskał. Jak każdy pies. Jak każdy.

- To jest nasz pies i nasza decyzja.

- To weźcie go do siebie na noc.

Cisza. Długa. Słyszałam, jak Dariusz coś mówi w tle, ale nie mogłam rozróżnić słów. W końcu Kasia powiedziała:

- Na Bemowie nie można trzymać psa, wiesz przecież. Wynajmujemy.- To po co go mieliście.

Rozłączyła się. A po dwudziestu minutach usłyszałam cichy skobel przy drzwiach wejściowych na klatkę. Ktoś wszedł. Potem - skomlenie pod moimi drzwiami. Ciche, rozpaczliwe, jak dziecko, które nie rozumie, czemu mama go nie wpuszcza.

Otworzyłam. Gapcio siedział na wycieraczce. Sam. Bez smyczy. Dariusz go zostawił pod drzwiami i odjechał.

Wzięłam go do środka. Umyłam mu łapy. Nalałam wody. Położył się w nogach mojego łóżka, jak zawsze, i westchnął tak ciężko, jakby odkładał coś, co nosił cały weekend.

Rano zadzwoniłam do Kasi. Spokojnie, bez pretensji.

- Kasiu, ja Gapcia na budowę więcej nie oddam. Jak chcecie go zabrać do siebie - proszę bardzo, ale nie na plac budowy. Jak nie - zostaje u mnie. Ale wtedy porozmawiajmy uczciwie, czyj to jest pies.

Kasia milczała chwilę. Potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:

- Dariusz mówi, że jak nie będzie Gapcia na budowie, to z budowy zniknie materiał. Że już raz zniknęły worki z cementem.

- I co, Gapcio je odstraszył? Gapcio, który boi się gołębi?

- Nie wiem, mamo. Nie wiem już nic.

Gapcio leży teraz w nogach mojego łóżka. Jest wtorek. Kasia nie dzwoniła od dwóch dni. Dariusz napisał jeden SMS: „Budowa stoi bez dozoru". Nie odpisałam. Budowa podobno stoi. A ja patrzę na tego psa, który wreszcie przestał drżeć, i myślę o tym, że moja córka kiedyś była dziewczynką, która zbierała ślimaki z chodnika po deszczu, żeby nikt ich nie nadepnął. I nie wiem, co bardziej mnie boli - to, co robią Gapciowi, czy to, że Kasia mówi „to tylko pies" głosem, którego nie poznaję.

W piątek przyjdą po niego. Albo nie przyjdą. Drzwi zamknięte. Klucz mam ja.