Rodzina
Nikt z dzieci nie wie, że mam jeszcze jedno konto. Odkładam na nie po dwieście złotych miesięcznie - na własny pogrzeb, żeby nikogo nie prosić i nikomu nie wisieć. W kopercie obok leżą wybrane zdjęcie i wybrana piosenka.
Na każdej rodzinnej uroczystości to ja robię zdjęcia - mam spokojną rękę i nikt inny nie chce się fatygować. Wczoraj wnuczka szukała fotografii do albumu na rocznicę. Przejrzała cztery lata zdjęć i zapytała: „Babciu, a gdzie jesteś ty?"
Syn umówił mnie u notariusza „na dziesięć minut, mamo, sama formalność". Pani notariusz poprosiła go na korytarz i zadała mi trzy pytania. Potem odłożyła długopis: „Nie sporządzę tego aktu. Proszę przyjść z kimś innym niż syn."
W tym roku na urodziny dostałam jedną wiadomość - rano, z banku: „Wszystkiego najlepszego, pani Halino". Odpisałam „dziękuję", zanim się zorientowałam, że to automat. Do wieczora telefon już nie odezwał się ani razu.
Pilnuję wnuka we wtorki i czwartki. Od stycznia mam zakaz wychodzenia z nim z mieszkania - synowa uznała, że „na dworze jest za dużo ryzyka, a mama się już tak dobrze nie rozgląda". Siedzimy przy oknie i machamy dzieciom na placu zabaw.
Na niedzielę usmażyłam kotlety i upiekłam szarlotkę, bo mieli przyjechać z dziećmi. Po południu przyszedł SMS: „Mamo, dziś nie damy rady, może za tydzień." Szarlotka stała na parapecie do czwartku. To był trzeci raz w tym miesiącu.
Przy stole zaczęłam opowiadać, jak z ojcem budowaliśmy ten dom, bo wnuki nigdy tego nie słyszały. Córka przerwała mi w pół zdania i zwróciła się do gości: „Mama zawsze musi wrócić do tych swoich czasów." Reszty nie dokończyłam.
Odbieram wnuka z przedszkola we wtorki, w pozostałe dni jeździ z nianią. Wczoraj przewrócił się na schodach tuż przy mnie. Podniósł się i pobiegł z płaczem do niej, choć stała dziesięć kroków dalej.
Mąż zmarł w marcu, a w grudniu przyszła do niego kartka świąteczna. Dziecięce litery, choinka z brokatem, na dole: „Dziadku, tęsknimy, kiedy przyjedziesz?". Adres nadawcy z drugiego końca Polski.
Przy mamie w szpitalu dyżurowałyśmy na zmianę, ale w ostatnim tygodniu siostra została sama, bo „lepiej znosi te noce". Po pogrzebie okazało się, że jest testament, podpisany właśnie wtedy, drżącą ręką. Mieszkanie zapisane jej.
Działkę po rodzicach przepisałam synowi, żeby miał kiedyś gdzie zbudować dom. Jeżdżę tam co maj sadzić pomidory. W tym roku brama była nowa, a za nią obcy mężczyzna z kosiarką: „Kupiłem to we wrześniu, jeszcze przed zimą."
W przedszkolu wnuk narysował swoją rodzinę, a córka powiesiła rysunek na lodówce. Są tam mama, tata, pies i pani Ola, która czasem go odbiera. Mnie na tym rysunku nie ma.
Podżyrowałam bratu kredyt, bo „to przecież formalność między rodzeństwem". Od marca komornik zabiera mi część emerytury. Brat wyprowadził się do córki i nie odbiera telefonu.
Na urodziny wnuczki upiekłam tort - piekłam go i dekorowałam dwa dni. Synowa poprosiła, żebym przyszła nie na przyjęcie, tylko po nim, „bo animator ma limit osób". Z tortu został dla mnie jeden kawałek na papierowym talerzyku.
Mąż zmarł w zeszłym roku. W lutym przyszedł rachunek za wynajem boksu w magazynie na obrzeżach miasta - opłacany regularnie od lat. Klucz z numerem wisiał na jego kółku do auta, obok kluczy do domu.
Od narodzin wnuczki co miesiąc odkładałam jej na książeczkę - miała dostać na osiemnaste urodziny. Chciałam dołożyć uzbierane bony, a pani w banku spojrzała w system: konto puste od pół roku, wypłacił je syn jako pełnomocnik. Zostało zero złotych.
Syn przyjechał w niedzielę z teczką i dwiema sąsiadkami z parteru. Na stole położył gotowy testament - wystarczyło podpisać przy świadkach. „Mamo, to formalność, i tak trzeba to kiedyś uporządkować."
Wnuki zawsze pytały mnie, jak się czuję, a od jakiegoś czasu przestały. W sobotę usłyszałam przez uchylone drzwi, jak córka im tłumaczy: „Nie pytajcie babci o zdrowie, bo potem nie da się jej przerwać."
Mąż uczył mnie ostatnio obsługi swojego telefonu, „gdyby coś się stało". Otworzyła się mapa z historią tras. Każdy wtorek, od miesięcy, ten sam adres na drugim końcu miasta - dom, którego nie znam.
Lekcje odrabiam z wnukiem od pierwszej klasy, na zebrania do szkoły też chodzę ja. Tym razem przyszła córka i wychowawczyni pochwaliła ją przy wszystkich rodzicach - że tak pięknie z chłopcem pracuje. Córka podziękowała i nie odwróciła się w moją stronę.