Kiedy leżałam trzy tygodnie w szpitalu, kotem miał zająć się syn. Wróciłam - w mieszkaniu cisza. „Oddaliśmy go, i tak byś nie dała rady, mamo." Miska Rudego wciąż stała pod oknem.

Stałam w przedpokoju z torbą w ręce i jeszcze czułam ten szpitalny zapach na ubraniu. Trzy tygodnie leżałam na ortopedii po złamaniu biodra - upadek na oblodzonym chodniku, dwa dni przed świętami. W mieszkaniu pachniało inaczej niż zwykle. Brakowało czegoś. Nie zapachu jedzenia, nie kurzu - brakowało tego cichego mruczenia, które towarzyszyło mi od siedmiu lat. Rudy nie przybiegł do drzwi.

- Grzegorz - powiedziałam do syna, który stał w kuchni z rękami w kieszeniach. - Gdzie jest Rudy?

Nie patrzył mi w oczy. Tomek, mój młodszy, siedział przy stole i obracał w palcach łyżeczkę. Żaden się nie odezwał przez chwilę, która trwała wieczność.

- Oddaliśmy go, mamo - powiedział w końcu Grzegorz. - I tak byś nie dała rady. Ty teraz musisz o siebie zadbać, rehabilitacja, chodzenie o kulach. Kot by ci się plątał pod nogami.

Usiadłam na krześle w przedpokoju. Nie na tym w kuchni, bo do kuchni byłoby jeszcze pięć kroków, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Postawiłam kule pod ścianą i popatrzyłam na miseczkę, która stała tam gdzie zawsze - pod oknem w kuchni, na macie z rysunkiem rybki. Turkusowa, kupiona na bazarku na Grochowie, bo Rudy jadł tylko z niskich, szerokich misek.

Mam sześćdziesiąt trzy lata. Mieszkam sama na Pradze, w bloku z wielkiej płyty, trzecie piętro bez windy. Mąż, Bogdan, odszedł osiem lat temu - nie umarł, po prostu odszedł do innej kobiety, takiej z domkiem pod Otwockiem i ogrodem pełnym hortensji. Dwóch synów, obaj dorośli, obaj w Warszawie. Grzegorz ma czterdzieści lat, pracuje jako elektryk, mieszka z żoną Patrycją na Białołęce. Tomek, trzydzieści pięć, singiel, programista, wynajmuje kawalerkę na Mokotowie. Kochani chłopcy. Przynajmniej tak myślałam.

Rudego wzięłam ze schroniska rok po rozwodzie. Rudy, pięcioletni kocur, pomarańczowy jak cegła, z jednym nadłamanym uchem i charakterem filozofa. Spał na moim łóżku, czekał na mnie pod drzwiami, mruczał tak głośno, że sąsiadka z dołu pytała, czy mam pralkę na wirowaniu. Był moim towarzyszem. Jedyną istotą, która witała mnie codziennie z radością - bez pretensji, bez wymówek, bez pytania, czy wzięłam leki na ciśnienie.

- Komu oddaliście? - zapytałam cicho.

- Do schroniska - powiedział Tomek. Pierwszy raz podniósł wzrok. - Ale to dobre schronisko, mamo. Na Paluchu. Tam się nim zajmą.

- Do schroniska - powtórzyłam. W głowie mi się nie mieściło. Siedmioletni kot, przyzwyczajony do domu, do swoich miejsc, do mnie. Oddany obcym ludziom jak zepsuta pralka na złom.

- Mamo, nie dramatyzuj - Grzegorz nalał mi herbaty, postawił szklankę na stole. - Patrycja jest uczulona, u nas nie mógł zostać. A Tomek ma kawalerkę, sam ledwo się mieści.

- Nikt mnie nie zapytał. Leżałam trzy tygodnie i nikt nawet nie zadzwonił z pytaniem, co z Rudym. Czy mam kogoś, kto mógłby go przytrzymać.

- Bo wiedzieliśmy, że się nie zgodzisz - powiedział Grzegorz. I wtedy zrozumiałam. Nie zapytali, bo nie chcieli usłyszeć odpowiedzi.

Tej nocy nie spałam. Leżałam na wznak, bo inaczej nie mogłam z tym biodrem, i patrzyłam w sufit. Obok mnie na poduszce nie było ciepłego kłębka futra. Cisza w mieszkaniu była tak gęsta, że słyszałam tykanie zegara w salonie, którego normalnie nie słyszałam nigdy. Rudy zawsze coś robił - skrobał w kuwetę, pił wodę, walił łapą w drzwi łazienki, jakby miał tam pilny interes o trzeciej w nocy.

Rano zadzwoniłam do schroniska. Pani na recepcji była miła, sprawdziła w systemie. Tak, jest kot rudy, samiec, oddany dziesięć dni temu. Zdrowy. Ale - zawiesiła głos - jest trochę apatyczny, nie je najlepiej.

- Mogę go odebrać? - zapytałam.

- Oczywiście. Proszę przyjść z dowodem i formularzem adopcyjnym.

Problem polegał na tym, że ja nie mogłam nigdzie przyjść. Trzecie piętro bez windy, kule, rehabilitacja dopiero za tydzień. Zadzwoniłam do Grzegorza. Nie odebrał. Do Tomka - odebrał po szóstym sygnale.

- Mamo, daj spokój z tym kotem.

- Tomek, proszę cię. Jedź tam i przywieź mi Rudego.

- Ja nie mam samochodu. I w ogóle, lekarz mówił, że masz uważać, żebyś znowu nie upadła. Kot będzie ci łaził pod nogi.

- Tomek. To jest moje mieszkanie. Mój kot. Moja decyzja.

Milczał chwilę. Potem powiedział coś, co mnie zabolało bardziej niż to złamane biodro.

- Tato miał rację, że z tobą nie da się rozmawiać.

Odłożył słuchawkę. Siedziałam przy kuchennym stole, z telefonem w dłoni, i patrzyłam na tę turkusową miseczkę. Pomyślałam o Bogdanie, który osiem lat temu powiedział niemal to samo - „z tobą nie da się rozmawiać" - pakując walizki. Pomyślałam, że może to jest coś dziedzicznego, ta umiejętność odchodzenia bez oglądania się za siebie. Albo może ja naprawdę jestem tą trudną kobietą, o której mówią za plecami.

Ale potem pomyślałam o Rudym, który siedzi teraz w klatce i nie rozumie, dlaczego go zostawiłam.

Zadzwoniłam do Krysi. Krysia mieszka piętro niżej, znamy się trzydzieści lat, chodziłyśmy razem na wywiadówki do tej samej szkoły. Krysia ma samochód, emeryturę i psa, który koty toleruje z arystokratyczną obojętnością.

- Jadę - powiedziała Krysia, zanim skończyłam tłumaczyć. - Daj mi godzinę.

Dwie i pół godziny później Krysia wniosła na trzecie piętro transporter z Rudym. Kot był chudy. Patrzył na mnie wielkimi oczami i milczał. Zwykle mruczał od razu, gdy mnie widział. Teraz siedział nieruchomo na kanapie, jakby się bał, że to znowu się zmieni.

Wieczorem zadzwonił Grzegorz.

- Mamo, słyszałem, że odebrałaś kota. Nie wiem, po co to robisz. My się o ciebie martwimy, a ty robisz nam na złość.

- Grzegorz - powiedziałam spokojnie, chociaż serce mi waliło. - Dziękuję, że się martwicie. Ale następnym razem, kiedy będziecie chcieli oddać coś mojego, zapytajcie mnie najpierw.

- To był kot, mamo. Kot.

- Tak. Mój kot.

Rozłączyłam się. Rudy leżał obok mnie na kanapie i powoli, ostrożnie, zaczął mruczeć. Cicho, jakby sprawdzał, czy wolno.

Minął tydzień. Synowie nie dzwonili. Ani Grzegorz, ani Tomek. Cisza - ale inna niż ta, która mnie przywitała po powrocie ze szpitala. Tamta cisza była pusta. Ta była wypełniona czymś gorszym - pretensjami, których nie wypowiedziano do końca, i pytaniem, na które nie znałam odpowiedzi. Czy moi synowie naprawdę uważają, że wiedzą lepiej, czego potrzebuję? Czy ja naprawdę jestem taka uparta, że wolę kota od relacji z własnymi dziećmi?

A może po prostu chcę, żeby ktoś - choć raz - zapytał mnie o zdanie, zanim podejmie decyzję za mnie.

Rudy znowu je z turkusowej miseczki. Ja chodzę o jednej kuli i powoli odzyskuję siły. Na komódce w przedpokoju leżą dwa telefony - mój i ten stary, zapasowy, którego synowie zostawili mi na wypadek, gdybym potrzebowała pomocy. Czasem patrzę na ten zapasowy i zastanawiam się, czy zadzwonią pierwsi. I czy ja chcę, żeby zadzwonili - czy wolałabym, żeby po prostu przyszli, usiedli przy stole i powiedzieli: przepraszam, mamo, nie powinniśmy byli.

Ale może to ja powinnam zadzwonić. Krysia mówi, że powinnam. Że to ja jestem matką, że zawsze matka pierwsza wyciąga rękę.

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Gładzę Rudego po grzbiecie i słucham, jak mruczy - coraz głośniej, coraz pewniej. Przynajmniej on wrócił.