
Wszyscy w rodzinie mówią o wnuku, że „schodzi na złą drogę" - kolczyki, dziwne włosy, żadnych studiów. To on przyjeżdża co środę, naprawił mi kran i nauczył pisać wiadomości. W zeszłym tygodniu powiedział: „Babciu, jak coś, to dzwoń do mnie, nie do nich."
I ja teraz siedzę z tym zdaniem. Kręcę je w głowie jak koralik różańca. „Dzwoń do mnie, nie do nich." Do mnie - to do Kuby, chłopaka z kolczykiem w nosie i włosami farbowanymi na granatowo. Nie do nich - to nie do mojego syna Andrzeja, nie do synowej Jolanty, nie do ich starszego, wzorowego Michała, który kończy prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. I coś mi w piersi pęka, bo czuję, że ten dwudziestojednoletni chłopak może mieć rację.
Mam na imię Halina, skończyłam siedemdziesiąt osiem lat w marcu i od czterech lat jestem wdową. Kazimierz odszedł cicho, we śnie, na zawał. Zabrali go z łóżka obok mnie i od tamtej pory ta prawa strona materaca jest jak wyspa, na którą nikt nie dopływa. Mieszkam sama na trzecim piętrze w bloku na Kozanowie. Winda od roku nie działa, ale nogi jeszcze służą, więc schody jakoś daję radę. Emerytury z ZUS-u starcza na rachunki, jedzenie i leki na ciśnienie. Nie narzekam. Ale cisza w tym mieszkaniu bywa tak gęsta, że włączam telewizor tylko po to, żeby ktoś coś mówił.
Andrzej z rodziną mieszka po drugiej stronie Wrocławia, na Psim Polu. Trzydzieści minut autobusem, ale mógłby to być inny kontynent. Dzwoni w niedzielę, punktualnie o drugiej. „Cześć, mamo, co słychać? Dobrze? No to dobrze. U nas wszystko po staremu. Jolka pozdrawia, Michał się uczy, Kuba..." Tu zawsze jest pauza. Westchnienie. „Kuba to Kuba." I zmiana tematu.
Kuba to Kuba. To zdanie słyszę od dwóch lat. Odkąd rzucił studia informatyczne po pierwszym semestrze. Odkąd zaczął pracować w jakimś serwisie rowerowym i robić tatuaże. Odkąd przefarbował włosy. Jolanta mówi o nim szeptem, jakby wymawiała nazwę choroby. „Kuba nas wykańcza." „Kuba to wstyd." „Kuba nie szanuje tego, co mu daliśmy."
A Kuba od pół roku przyjeżdża do mnie co środę. Zawsze po południu, koło trzeciej. Puka trzy razy i mówi: „Babciu, to ja, Cela Numer Trzy!" - bo to trzecie piętro. Śmieję się za każdym razem, choć dowcip jest ten sam. Zdejmuje buty w przedpokoju, wchodzi do kuchni i stawia czajnik. Sam wie, gdzie stoją szklanki. Sam kroi cytrynę. Siada naprzeciwko mnie i pyta: „No to co się popsuło w tym tygodniu?"
Bo u mnie zawsze coś się psuje. Stary blok, stare rury, stare kontakty. W styczniu to był kran w łazience - ciekł tak, że w nocy nie mogłam spać od kapania. Powiedziałam Andrzejowi w tę niedzielną rozmowę. „Mamo, to zadzwoń do administracji." Administracja - jasne. Przyjdą za dwa miesiące, jak złożę pismo, i wyślą hydraulika, który weźmie dwieście złotych za uszczelkę za pięć. Powiedziałam Kubie w środę, tak mimochodem. W następną środę przyjechał z torbą narzędzi. Kran naprawił w dwadzieścia minut. Nawet nie chciał herbaty wcześniej - „najpierw robota, potem sernik, babciu".
Potem usiedliśmy i nauczył mnie wysyłać wiadomości na telefonie. Andrzej kupił mi ten smartfon rok temu. Włożył kartę, położył na stole i powiedział: „Mamo, tu dzwonisz, tu odbierasz, reszta jest prosta." Reszta nie była prosta. Przez pół roku używałam go tylko do dzwonienia, a i to z trudem. Kuba usiadł obok, wziął moje ręce i delikatnie pokazywał palcem: tu naciskasz, tu piszesz, tu wysyłasz. Cierpliwie, powoli, po pięć razy to samo. Nie wzdychał, nie mówił „babciu, to przecież oczywiste". Mówił: „Dobrze, jeszcze raz, razem."
Napisałam mu wtedy pierwszą wiadomość. „Kuba, działa!" Odpisał po sekundzie, choć siedział obok. Buźkę z serduszkiem. Śmialiśmy się oboje jak głupi.
Ale nie o kran tu chodzi i nie o telefon. Chodzi o coś, czego nie umiem nazwać, a co czuję za każdym razem, gdy słyszę w rodzinie te rozmowy o Kubie. Na Wielkanoc siedzieliśmy u Andrzeja. Jolanta zrobiła piękny stół - obrus, serwetki, porcelana. Michał przyjechał z dziewczyną, taką grzeczną, w perełkach. Kuba przyszedł w czarnej bluzie z jakimś napisem. Jolanta zacisnęła usta. Andrzej udał, że nie widzi. Przy stole rozmowa kręciła się wokół Michała - praktyki w kancelarii, staż za granicą, plany. Kuba jedział żurek i milczał.
W pewnym momencie Jolanta powiedziała do mnie, tak jakby od niechcenia, ale wystarczająco głośno: „Mamo, przynajmniej jeden wnuk pani nie sprawia problemów, co?" I się uśmiechnęła. A Kuba odłożył łyżkę, wytarł usta serwetką i powiedział spokojnie: „Ciocia Jolka, ja tu siedzę." I cisza. Cisza jak beton. Nikt nic nie powiedział. Michał patrzył w talerz. Andrzej sięgnął po chleb. A ja poczułam, jak mi robi się gorąco w całym ciele, bo chciałam coś powiedzieć i nie powiedziałam.
Nie powiedziałam. I za to się do dziś nie mogę sobie wybaczyć.
Bo prawda jest taka, że to Kuba jest jedyną osobą, która mnie naprawdę widzi. Andrzej dzwoni z obowiązku. Jolanta przysyła życzenia na imieniny - gotowy tekst, pewnie skopiowany z internetu. Michał - Michał chyba nie ma mojego numeru. Ale Kuba przyjeżdża. Autobusem, potem piechotą pod górkę, na trzecie piętro bez windy, z narzędziami albo z paczką herbaty, bo zauważył, że się kończy.
W zeszłą środę naprawił mi listwę w przedpokoju, która odchodziła od ściany, i wymienił żarówkę w łazience. Potem siedzieliśmy w kuchni. Piliśmy herbatę. I Kuba powiedział coś, co mnie uderzyło prosto w serce.
- Babciu, ja wiem, że oni ci mówią, żebyś uważała na zdrowie i dzwoniła jak coś. Ale ty wiesz, jak jest. Tata odbiera co trzeci telefon. Ciotka Jolka od razu mówi, żebyś dzwoniła do administracji. A Michał... no, Michał jest zajęty.
Milczałam. Piłam herbatę. Parzyła mnie w język, ale piłam.
- Babciu, jak coś, to dzwoń do mnie, nie do nich.
Popatrzyłam na niego. Na te kolczyki, na ten granatowy kosmyk opadający na oczy, na dłonie z odrobinami smaru pod paznokciami, bo przyjechał prosto z serwisu. I pomyślałam sobie: mój Boże, cała rodzina mówi, że ten chłopak schodzi na złą drogę. A on jest jedynym, który na tę drogę do mnie w ogóle wchodzi.
Andrzej zadzwonił w niedzielę. Jak zwykle o drugiej. Powiedziałam mu, że Kuba u mnie był, że naprawił listwę.
- Mamo, tylko nie dawaj mu pieniędzy. Wiesz, jaki jest. Nie chcę, żeby cię wykorzystywał.
- Andrzej - powiedziałam, i sama się zdziwiłam, jak twardo mi to wyszło - Kuba nigdy nie wziął ode mnie złotówki. Ani razu nie poprosił.
Cisza w słuchawce. Potem: „No dobrze, mamo. Uważaj na siebie."
I tyle. I co ja z tym mam zrobić? Bo ja nie jestem głupia. Wiem, że Kuba nie jest idealny. Pewnie nie wszystko mi mówi. Może ma swoje problemy, o których nie wiem. Ale wiem jedno - kiedy ktoś przyjeżdża do ciebie co tydzień, naprawia kran, uczy cię pisać wiadomości i mówi „dzwoń do mnie" - to nie jest zła droga. To jest jakaś droga. Może inna niż ta, którą sobie wyobrażali Andrzej z Jolantą. Ale droga.
Wczoraj wieczorem napisałam do Kuby wiadomość. Sama, bez niczyjej pomocy. „Kuba, będzie sernik na środę." Odpisał po minucie. Buźka z serduszkiem. I jedno słowo: „Zawsze."
A dziś w nocy leżałam i myślałam o tym, co by powiedział Kazimierz. I nie wiem. Naprawdę nie wiem. Może by się z Andrzejem zgodził. Może by pokręcił głową na te kolczyki. A może - i to mnie nie daje spokoju najbardziej - może siedziałby teraz ze mną w tej kuchni i czekał na środę.