
Mąż od trzech lat jeździ „na ryby" co drugi weekend. W sobotę na naszym tablecie wyskoczył mail z Booking: potwierdzenie rezerwacji, pokój dwuosobowy, Kołobrzeg, dwie noce.
Przeczytałam to trzy razy. Za czwartym razem musiałam odłożyć tablet, bo mi ręce tak drżały, że prawie go upuściłam. Pokój dwuosobowy. Z widokiem na morze. Dla pana Andrzeja Walczaka i towarzyszącej osoby. Termin - za dwa tygodnie, dokładnie w weekend, kiedy miał jechać „nad jezioro pod Augustowem".
Herbata na blacie stygła. Z ogrodu dochodził zapach kwitnącego bzu, a ja siedziałam w naszej kuchni na Gocławiu i czułam, jak mi się rozsuwa podłoga pod nogami. Trzydzieści cztery lata małżeństwa. Dwoje dorosłych dzieci. Wnuczka Hania, która mówi do niego „dziadzio ryba", bo zawsze przywoził jej drewniane rybki z tych swoich wyjazdów.
Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt osiem lat i do tej soboty byłam przekonana, że znam swojego męża. Andrzej - elektryk, sześćdziesiąt lat, spokojny człowiek, który nie pije, nie pali od dziesięciu lat, chodzi na spacery i jeździ na ryby. Tak go opisywałam koleżankom. Tak go opisałabym w każdej ankiecie. Solidny. Przewidywalny. Mój.
A teraz siedziałam z tabletem i zastanawiałam się, ile razy łowił ryby, a ile razy łowił coś zupełnie innego.
Zaczęło się trzy lata temu, tuż po jego sześćdziesiątych urodzinach. Andrzej wrócił z badań kontrolnych, powiedział, że wszystko w porządku, a potem oznajmił, że potrzebuje hobby. Że lekarz zalecił mu relaks. Że kolega z pracy, Wiesiek, zabierze go nad wodę. Kupiłam mu wtedy wędkę na urodziny - dobrą, za czterysta złotych. Pakowałam mu kanapki z szynką, termos z kawą, koc. Śmiałam się, że zostanę wdową po wędkarzu.
Wyjeżdżał w piątek po południu, wracał w niedzielę wieczorem. Zawsze w dobrym humorze. Czasem przywoził szczupaka, częściej nie przywoził nic, ale mówił, że ryby nie brały. Dzwonił raz dziennie, krótko. „Cześć, kochanie, tu pięknie, ryby nie biorą, jutro spróbuję rano." Taki sam schemat, co dwa tygodnie, przez trzy lata.
Po tym mailu zaczęłam liczyć. Co drugi weekend to mniej więcej dwadzieścia sześć wyjazdów rocznie. Razy trzy - prawie osiemdziesiąt weekendów. Osiemdziesiąt weekendów, kiedy zostawałam sama, oglądałam seriale, dzwoniłam do córki, piekłam sernik na niedzielę, bo Andrzej lubił sernik po powrocie z ryb.
Osiemdziesiąt serników. Ta myśl mnie jakoś najbardziej uderzyła.
Nie zrobiłam nic od razu. Wiedziałam, że jeśli teraz zadzwonię albo napiszę, to będzie awantura, płacz, a on się wycofa, skasuje wszystko i powie, że to pomyłka. Znałam go - albo myślałam, że znałam - wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że Andrzej w panice kłamie gładko jak po maśle.
Zadzwoniłam do Wiesia. Tak, do tego Wiesia - kolegi z pracy, tego od wędkowania.
- Wiesiek, cześć, tu Bożena, żona Andrzeja - powiedziałam najspokojniej, jak umiałam.
- O, cześć, Bożena. Co tam? Andrzej zdrowy?
- Zdrowy, zdrowy. Słuchaj, głupie pytanie, ale Andrzej zostawił u was ostatnio sztylet do ryb, taki nowy, pamiętasz? Przy ostatnim wyjeździe nad jezioro?
Cisza. Pięć sekund, może sześć - ale ja je policzyłam.
- Bożena… ja z Andrzejem nie byłem nad jeziorem chyba z dwa lata. Wiesz, mnie kolano siada, to ja już raczej…
- Jasne, pewnie pomyliłam. Dzięki, Wiesiek. Pozdrów Krysię.
Rozłączyłam się i usiadłam na podłodze w przedpokoju, plecami do szafki na buty. Dwa lata. Wiesiek nie jeździł z nim od dwóch lat. A Andrzej wracał z tych weekendów z opowieściami o Wieskowych żartach, o tym jak Wiesiek wpadł do wody, jak Wiesiek ugotował żurek na kuchence turystycznej.
Wymyślał to wszystko. Szczegółowo, cierpliwie, z detalami. Jak pisarz.
Przez następne dwa tygodnie żyłam normalnie. Robiłam obiady, chodziłam do pracy w bibliotece na Saskiej Kępie, rozmawiałam z koleżankami przy kawie, odbierałam Hanię z przedszkola we wtorki. Andrzej niczego nie zauważył, a może zauważył, ale nie skomentował. Spaliśmy w jednym łóżku. Jedliśmy kolacje. Oglądaliśmy wiadomości.
Tylko że ja już na niego patrzyłam inaczej. Obserwowałam go, jak się obserwuje obcego człowieka w tramwaju. Jak kroi chleb. Jak wiąże buty. Jak sprawdza telefon - zawsze ekranem do siebie, zawsze z hasłem, zawsze z cichym dźwiękiem. Wcześniej tego nie widziałam. Albo nie chciałam widzieć.
W czwartek przed tym weekendem Andrzej pakował torbę. Wędka, kurtka, pudełko z przynętami - ten sam rytuał. Stałam w drzwiach sypialni i patrzyłam.
- Gdzie tym razem? - spytałam.
- A co? Jak zwykle, nad Narew z Wieśkiem.
- Z Wieśkiem - powtórzyłam.
Nie drgnął mu nawet kącik ust. Złożył polar, schował do torby i pocałował mnie w czoło.
- W niedzielę wrócę na obiad. Zrobisz sernik?
- Zobaczę - powiedziałam.
W piątek rano, kiedy Andrzej był jeszcze w pracy, weszłam na nasz wspólny mail na tablecie. Potwierdzenie z Booking wciąż tam było. Pensjonat „Morska Bryza", Kołobrzeg, ulica Zdrojowa. Pokój 214. Zameldowanie: piątek, godzina szesnasta.
Nie wiem, co mną kierowało. Rozsądna Bożena powinna była usiąść i porozmawiać. Powiedzieć: „Andrzej, wiem. Powiedz mi prawdę." Ale rozsądna Bożena zrobiła co innego. Kupiłam bilet na pociąg do Kołobrzegu. Intercity o trzynastej dwadzieścia z Warszawy Wschodniej.
Jechałam pięć godzin, patrząc na pola za oknem i jedząc bułkę z serem, którą zabrałam z domu. Myślałam o tym, że ostatni raz byliśmy razem nad morzem osiem lat temu. Hania jeszcze się nie urodziła. Syn Bartek miał wtedy ślub, robiliśmy poprawiny w Ustce. Andrzej tańczył ze mną do „Tańcz mnie po miłości kres". Śmialiśmy się, że jesteśmy starzy, ale jeszcze damy radę.
W Kołobrzegu było pochmurno, pachniało solą i smażoną rybą z budek przy promenadzie. Pensjonat „Morska Bryza" wyglądał zwyczajnie - trzy piętra, biała elewacja, doniczki z pelargoniami na parapetach. Stanęłam po drugiej stronie ulicy, przy ławce. Było wpół do szóstej.
O osiemnastej trzydzieści zobaczyłam jego samochód. Srebrne Renault Megane, które myłam tysiąc razy na myjni samoobsługowej przy Grochowskiej. Zaparkował. Wysiadł. A potem z miejsca pasażera wysiadła kobieta.
Nie była młoda. To mnie uderzyło jako pierwsze - i poczułam wstyd, że to mnie uderzyło. Była mniej więcej w moim wieku, może trochę szczuplejsza, w granatowej kurtce i jasnych spodniach. Miała krótkie siwe włosy. Andrzej wziął z bagażnika dwie torby - jej i swoją. Powiedział coś. Ona się zaśmiała. Weszli do pensjonatu.
Nie weszłam za nimi. Siedziałam na ławce, aż zrobiło się ciemno i zimno, i dopiero wtedy poszłam na dworzec.
Wróciłam do Warszawy nocnym pociągiem. W domu było pusto i cicho. Położyłam się w ubraniu na kanapie i leżałam do rana, nie śpiąc. Nie płakałam - to przyszło dopiero następnego dnia, w niedzielę, kiedy odkurzałam salon i znalazłam pod fotelem drewnianą rybkę, którą Andrzej przywiózł Hani z ostatniego wyjazdu.
W niedzielę wieczorem wrócił. Jak zawsze - w dobrym humorze, z torbą, z zapachem lasu, który pewnie był zapachem morza.
- Bożena, ryby nie brały, ale Wiesiek złowił okonia - powiedział, stawiając torbę w przedpokoju.
Stałam w kuchni. Na blacie stygł sernik. Upiekłam go, nie wiem dlaczego. Może z przyzwyczajenia. Może żeby mieć zajęte ręce.
- Andrzej - powiedziałam. - Usiądź.
Spojrzał na mnie. Chyba po raz pierwszy od trzech lat naprawdę na mnie spojrzał.
- Wiem o Kołobrzegu - powiedziałam. - Wiem o „Morskiej Bryzie". Wiem, że Wiesiek z tobą nie jeździ od dwóch lat.
Cisza. Tykanie zegara w salonie. Bzyczenie lodówki. Świat się nie zawalił. Nic nie eksplodowało. Po prostu staliśmy w kuchni, w której przeżyliśmy trzydzieści cztery lata, i sernik stygł na blacie.
Andrzej usiadł. Nie zaprzeczył. Nie kłamał. Powiedział tylko:
- Przepraszam, Bożena.
I wtedy zadałam pytanie, które nosiłam w sobie od dwóch tygodni, od Kołobrzegu, od tego pociągu nocnego, od odkurzacza i drewnianej rybki:
- Czy ty ją kochasz?
Nie odpowiedział od razu. A ja patrzyłam na jego twarz i wiedziałam, że cokolwiek teraz powie, to odpowiedź zmieni wszystko albo nie zmieni niczego. Bo prawda jest taka, że nawet jeśli powie „nie" - ja już widziałam, jak niósł jej torbę. Jak ona się śmiała. I jak on wyglądał, kiedy do niej mówił. Tak kiedyś wyglądał ze mną.
Sernik na blacie. Zegar w salonie. Lodówka. I mój mąż, który otwiera usta, żeby odpowiedzieć na pytanie, na które ja może wcale nie chcę znać odpowiedzi.