
Przez 30 lat chodziłam z mężem do tych samych znajomych na imieniny. Po jego śmierci czekałam na zaproszenie. Nie przyszło. Żadne z nich nie zadzwoniło. W grudniu spotkałam Krysię w Biedronce - powiedziała: „Wiesz, bez pary jakoś niezręcznie przy stole".
Stałam między regałem z konfiturami a promocją na pierniki i chyba zapomniałam, jak się oddycha. Krysia patrzyła na mnie z tym swoim uśmiechem - pół współczucia, pół zakłopotania - a ja trzymałam w ręku słoik dżemu truskawkowego i miałam wrażenie, że zaraz go upuszczę. Nie upuściłam. Powiedziałam „rozumiem", odwróciłam się i poszłam do kasy. Zapłaciłam za zakupy, wsiadłam do samochodu i dopiero na parkingu, z rękami na kierownicy, zaczęłam płakać.
Bo to nie była byle znajomość. To było trzydzieści lat wspólnych sobót. Trzydzieści lat Krystyninych imienin w listopadzie i Zbyszka w marcu. Trzydzieści lat sałatki jarzynowej Bożeny, trzydzieści lat Leszka grającego na gitarze „Wish You Were Here" po trzecim kieliszku. Trzydzieści lat naszego życia, mojego i Andrzeja, wplecionego w życie trzech innych par z naszego osiedla na poznańskich Ratajach.
Andrzej odszedł w maju. Rak trzustki - od diagnozy do pogrzebu minęło jedenaście tygodni. Na pogrzebie byli wszyscy. Krysia z Leszkiem, Bożena ze Zbyszkiem, Jadzia z Romkiem. Krysia przyniosła garnek rosołu na stypę. Bożena trzymała mnie za rękę przy grobie. Jadzia powiedziała: „Trzymaj się, Halinko, jesteśmy przy tobie". I przez jakiś czas rzeczywiście dzwoniły. Raz w tygodniu, potem raz na dwa. Potem cisza.
Nie zauważyłam od razu, kiedy telefon przestał dzwonić. Pierwsze miesiące po śmierci Andrzeja były jak chodzenie pod wodą - wszystko przytłumione, zwolnione, niewyraźne. Wstawałam rano, robiłam herbatę do dwóch kubków, zanim przypomniałam sobie, że drugi kubek nie jest już nikomu potrzebny. Chodziłam po mieszkaniu i poprawiałam jego kapcie przy łóżku, bo stały krzywo. Dopiero córka, Magda, zabrała je w sierpniu. Powiedziała: „Mamo, to nie jest zdrowe". Może miała rację. Ale bez tych kapci sypialnia wyglądała jak pokój hotelowy.
Jesień przyszła i z nią termin, który znałam na pamięć: dwudziesty trzeci listopada, imieniny Krystyny. Co roku Andrzej kupował kwiaty, ja piekłam sernik, ubieraliśmy się odświętnie i szliśmy piechotą te trzy klatki dalej. Przez trzydzieści lat nie opuściliśmy ani razu. Nawet kiedy Andrzej miał grypę w dziewięćdziesiątym ósmym - poszedł z gorączką, bo „Krysię obrazimy".
W tym roku upiekłam sernik. Taki sam jak zawsze, z rodzynkami, na kruchym spodzie. Postawiłam go na blacie kuchennym i czekałam na telefon. Może Krysia zadzwoni z zaproszeniem, a może po prostu przyjdę z sernikierm i będzie jak dawniej. Numer dwudziesty trzeci na kalendarzu. Minął poranek. Minęło południe. O szesnastej zjadłam kawałek sernika sama, przy kuchennym stole, na którym leżała jeszcze podkładka Andrzeja z widokiem Starego Rynku. Resztę sernika zaniosłam nazajutrz sąsiadce z parteru, pani Zofii, bo nie mogłam na niego patrzeć.
Potem były imieniny Zbyszka w grudniu. Też cisza. Pomyślałam - może to ja powinnam zadzwonić? Może czekają, aż dam znać, że jestem gotowa? Wybrałam numer Bożeny. Odebrała po piątym sygnale. Rozmawiałyśmy może trzy minuty. O pogodzie, o cenach w sklepach, o tym, że zima w tym roku łagodna. Ani słowa o spotkaniu. Na koniec Bożena powiedziała: „Muszę lecieć, Halinko, bo Zbyszek woła". I się rozłączyła.
Kilka dni później spotkałam Krysię w Biedronce. I usłyszałam to zdanie. „Bez pary jakoś niezręcznie przy stole".
Wróciłam do domu i usiadłam w fotelu Andrzeja - w tym wysiedzianym, bordowym, który zawsze chciałam wyrzucić, a on bronił jak twierdzy. I zaczęłam liczyć. Trzydzieści lat. Cztery pary. Trzysta sześćdziesiąt wspólnych wieczorów, może więcej. Andrzej, który naprawiał Leszkowi zlew, kiedy hydraulik nie mógł przyjść. Ja, która woziła Bożenę na chemię w 2011, kiedy miała raka piersi - codziennie, przez sześć tygodni, do szpitala na Garbary i z powrotem. Andrzej, który pożyczył Romkowi pięć tysięcy na naprawę dachu i nigdy się o nie nie upomniał.
Czy to wszystko było warunkowe? Czy nasza przyjaźń istniała tylko dlatego, że byliśmy parą, kompletem, symetryczną dekoracją przy stole? Teraz, kiedy Andrzeja nie ma, stałam się czymś w rodzaju nieparzystej skarpetki - tą, która zostaje na dnie szuflady, bo nie pasuje do żadnego zestawu.
Na Wigilię Magda zabrała mnie do siebie, do Warszawy. Wnuki, choinka, dwanaście potraw - Magda bardzo się starała, żebym nie czuła pustki. Ale przy stole, między kieliszkami i opłatkiem, przyłapałam się na myśli: ciekawe, czy u Krysi dalej podają śledzia w oleju z cebulą, tego, za którym Andrzej przepadał.
W styczniu zadzwoniła Jadzia. Pierwsza od miesięcy. Nie z życzeniami noworocznymi - z prośbą. Romek miał operację kolana, Jadzia potrzebowała kogoś, kto ją podwiezie na dwa wizyty kontrolne. „Bo wiesz, Halinka, ty teraz masz czas" - powiedziała. Mam czas. Tak to teraz wygląda. Nie mam męża, nie mam zaproszenia na imieniny, ale mam czas, żeby być kierowcą.
Zawiozłam ją. Dwa razy. Za drugim razem Jadzia zaprosiła mnie na herbatę i opowiedziała, że Krysia z Leszkiem rozwodzą się. Cicho, po czterdziestu latach. Leszek podobno ma kogoś. Jadzia mówiła to szeptem, jakby ściany miały uszy, i widziałam w jej oczach coś, co rozpoznałam natychmiast - strach. Strach, że następna w kolejce może być ona.
I wtedy zrozumiałam. Nie wykluczyły mnie ze złośliwości. Wykluczyły mnie ze strachu. Byłam żywym dowodem, że mężowie odchodzą - na zawsze. Że zostaje się samą z sernikierm na blacie i telefonem, który nie dzwoni. Moje wdowieństwo było zaraźliwe. Jakby pech mógł się przenieść przez wspólny stół.
Zrobiło mi się ich żal. A potem zrobiło mi się żal siebie, że mi ich żal, zamiast być wściekłą. Bo powinnam być wściekła, prawda? Trzydzieści lat przyjaźni wyrzuconych jak zużyta torba z Biedronki. Andrzej by się wściekł. Andrzej by powiedział: „Halina, dzwoń do nich i powiedz, co o tym myślisz". Ale Andrzeja nie ma.
Teraz jest marzec. Dwudziesty pierwszy - imieniny Zbyszka. Na lodówce magnesikiem przytrzymuję kartkę, na której zapisałam numer nowej grupy w domu kultury na Ratajach. Malarstwo dla dorosłych, środy i piątki. Chodzę od lutego. Są tam same kobiety, większość moich rówieśniczek, kilka starszych. Połowa to wdowy. Nikt nie pyta, czy przychodzę z parą.
Sernik w tym roku upiekłam dla nich. Taki sam, z rodzynkami, na kruchym spodzie.
Ale telefon Krysi wciąż mam w kontaktach. I czasem, wieczorami, w bordowym fotelu Andrzeja, zastanawiam się, czy gdyby zadzwoniła - odebrałabym.