
Babcia Marta - ta „lepsza", od strony synowej - zadzwoniła do mnie pierwszy raz w życiu: „Pani Aniu, oni mnie też przestali potrzebować, odkąd mały poszedł do szkoły. Może kawa?". Przesiedziałyśmy trzy godziny w cukierni. Obie czekamy przy telefonach - teraz przynajmniej razem.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się od telefonu Marty. Zaczęła się siedem lat temu, w maju, kiedy na świat przyszedł Olek - mój jedyny wnuk. Jedyny, bo Tomek jest moim jedynym synem. Urodził się, gdy miałam dwadzieścia trzy lata, a ja byłam wtedy młodą księgową w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Z mężem Andrzejem wychowaliśmy go sami, bez pomocy, bo moi rodzice już nie żyli, a teściowa mieszkała pod Radomiem i rzadko przyjeżdżała.
Kiedy Tomek przyprowadził do domu Kasię, od razu wiedziałam, że to poważne. Miał dwadzieścia pięć lat, ona dwadzieścia trzy, pracowała jako farmaceutka w aptece przy Marszałkowskiej. Ładna, spokojna, z takim cichym uśmiechem, który mówił: „Wiem, czego chcę". A chciała mojego syna. Andrzej szepnął mi wtedy do ucha: „Dobra dziewczyna, nie psuj". I nie psuałam.
Problem zaczął się od ślubu. To znaczy - problem zaczął się od Marty. Matka Kasi. Elegancka, szczupła, z fryzurą, która wyglądała, jakby właśnie wyszła od fryzjera, choć pewnie tak właśnie było. Marta miała mieszkanie na Mokotowie, prowadziła własny gabinet kosmetyczny, jeździła nowym samochodem. Ja miałam blok na Bielanach, emeryturę z ZUS-u i krzyżówki w „Tele Tygodniu". Na weselu siedziałyśmy po dwóch stronach sali i po dwóch stronach świata.
- Synowa mi powiedziała, że Marta załatwiła im wózek za trzy tysiące - mówiłam do Andrzeja, kiedy Kasia zaszła w ciążę. - Ja kupiłam pościel do łóżeczka za sto pięćdziesiąt złotych. Czuję się jak uboga krewna.
- To nie są zawody, Aniu - odpowiedział Andrzej, nie odrywając wzroku od telewizora.
Ale były. Przynajmniej w mojej głowie.
Kiedy Olek się urodził, Marta była na miejscu pierwsza. Mieszkała bliżej, to jasne. Ale potem zaczęło się coś, czego nie umiałam wtedy nazwać. Kasia dzwoniła do Marty codziennie. Marta przywoziła obiady, zostawała na noc, kiedy Olek miał kolkę. Ja przyjeżdżałam w soboty, po uzgodnieniu - jak z dentystą. „Mamo, może w przyszłą sobotę, bo teraz mama Kasi jest i jest ciasno" - mówił Tomek, i słyszałam w jego głosie skrępowanie, ale też coś gorszego. Że mu to nie przeszkadza.
Andrzej umarł, kiedy Olek miał dwa lata. Zawał, na działce ROD, przy podlewaniu pomidorów. Sąsiad znalazł go leżącego między grządkami, z wężem w ręku. Na pogrzebie stałam jak zamurowana, a Marta podeszła i powiedziała: „Bardzo mi przykro, pani Aniu". Po raz pierwszy i jedyny zanim zadzwoniła te kilka tygodni temu. Pomyślałam wtedy: łatwo ci mówić, twój mąż żyje i gra w golfa.
Po śmierci Andrzeja zamknęłam się w sobie. Tomek dzwonił rzadziej. Rozumiałam - małe dziecko, praca na uczelni, Kasia na pół etatu w aptece. Ale rozumienie nie leczy samotności. Zaczęłam liczyć dni między telefonami. Trzy, pięć, dziewięć. Rekord wyniósł czternaście dni. Dwa tygodnie. Mój jedyny syn nie zadzwonił do mnie przez dwa tygodnie po śmierci jego ojca.
Nie powiedziałam mu tego. Bałam się, że jeśli powiem, to usłyszę: „Mamo, przesadzasz". A te dwa słowa byłyby gorsze niż cisza.
Olek rósł. Widziałam go coraz rzadziej, ale za każdym razem robił na mnie wrażenie - mądry chłopak, z uśmiechem Tomka i oczami Kasi. Na jego piątych urodzinach Marta postawiła tort z cukierni za dwieście złotych, cały w fondancie i dinozaurach. Ja przyniosłam sernik, bo Olek kiedyś powiedział, że lubi mój sernik. Sernik stał na stole obok tortu jak uboga krewna na weselu. Nikt go nie tknął. Zabrałam go do domu w reklamówce.
- Babciu, a co mi kupiłaś? - zapytał Olek, kiedy wręczałam mu klocki Lego za osiemdziesiąt złotych. A potem pobiegł do Marty, która dała mu tablet. Patrzył na mnie przez ekran i pewnie nawet nie widział, jak odwracam głowę.
Zaczęłam wtedy myśleć o Marcie z prawdziwą goryczą. Nie złością - goryczą. Bo Marta nie robiła nic złego. Marta po prostu miała więcej. Więcej pieniędzy, więcej czasu, więcej miejsca w życiu mojego wnuka. I mojego syna. Bo to Marta jeździła z nimi na wakacje do Chorwacji. To u Marty spędzali połowę Wigilii. To Marta odbierała Olka z przedszkola trzy razy w tygodniu.
Ja byłam tą drugą babcią. Tą z Bielan. Tą z sernikiem.
Aż pewnego wtorkowego popołudnia zadzwonił telefon. Numer nieznany. Odebrałam, bo zawsze odbieram - a nuż Tomek dzwoni z innego numeru, a nuż coś się stało.
- Pani Aniu? Tu Marta. Marta Kowalska, mama Kasi.
Usiadłam na krześle w kuchni tak gwałtownie, że kot zeskoczył mi z kolan.
- Słucham? - powiedziałam, i zabrzmiało to ostrzej, niż chciałam.
- Przepraszam, że dzwonię tak z zaskoczenia. Wiem, że to dziwne. Ale... pani Aniu, czy pani też ma wrażenie, że oni nas już nie potrzebują?
Milczałam. Przez okno widziałam dach szkoły podstawowej, do której chodził Tomek trzydzieści lat temu. Marta czekała po drugiej stronie. Słyszałam jej oddech - trochę szybszy, niż powinien być.
- Odkąd Olek poszedł do szkoły - ciągnęła - Kasia powiedziała, że poradzą sobie sami. Że nie muszę już przyjeżdżać. Że Olek jest duży. Ma siedem lat, pani Aniu. Siedem. To jeszcze dziecko.
- Wiem, ile ma lat - odpowiedziałam. I nagle poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Ulgę. Że ktoś to powiedział na głos.
- Może kawa? - zapytała Marta. - Jest taka cukiernia na Puławskiej, blisko przystanku. Mogłybyśmy porozmawiać. Bez nich.
Zgodziłam się, zanim zdążyłam pomyśleć, dlaczego nie powinnam.
Cukiernia pachniała cynamonem i podgrzanym mlekiem. Marta siedziała już przy stoliku, bez makijażu, w zwykłym swetrze. Wyglądała inaczej niż na urodzinach Olka - mniejsza jakoś, zwyczajniejsza. Zamówiłyśmy kawę i sernik - i obie się roześmiałyśmy, kiedy kelnerka przyniosła dwa identyczne kawałki.
- Mój mąż odszedł w zeszłym roku - powiedziała Marta, mieszając kawę. - Nie umarł. Odszedł. Do koleżanki z golfa. Ma sześćdziesiąt trzy lata i koleżankę z golfa, proszę sobie wyobrazić.
Nie wyobrażałam sobie. Ale pokiwałam głową, bo ból jest ból, nieważne, czy przychodzi z grządki pomidorów, czy z pola golfowego.
Przesiedziałyśmy trzy godziny. Marta opowiedziała mi, jak Kasia powiedziała jej spokojnie, rzeczowo, przy obiedzie: „Mamo, nie musisz już tak często wpadać, damy radę". Jakby odwoływała prenumeratę gazety. Ja opowiedziałam jej o czternastu dniach ciszy po śmierci Andrzeja. O serniku w reklamówce. O tym, że rekord teraz wynosi dwadzieścia jeden dni.
- Wie pani co, pani Aniu - powiedziała Marta, odkładając łyżeczkę - ja przez te wszystkie lata myślałam, że jestem tą ważniejszą babcią. Że więcej daję, więcej robię, więcej znaczę. A teraz siedzę tu z panią i widzę, że jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu. Obie niepotrzebne.
Powinnam była poczuć satysfakcję. Nie poczułam.
Teraz spotykamy się co czwartek. Ta sama cukiernia, ten sam stolik. Zamawiamy kawę i sernik, rozmawiamy o Olku, o Tomku i Kasi, o tym, co widziałyśmy w telewizji. Czasem milczymy. Marta nauczyła mnie robić zdjęcia telefonem, ja przyniosłam jej przepis na bigos, bo powiedziała, że nigdy nie umiała go zrobić. Obie czekamy na telefon, który dzwoni coraz rzadziej.
Tomek wie o naszych spotkaniach. Powiedział: „To fajnie, mamo, że się dogadujecie". I nic więcej. Jakby to było normalne, że dwie babcie jego dziecka muszą się odnaleźć, bo on sam ich zgubił.
Wczoraj Marta powiedziała coś, co nie daje mi spokoju. Siedziałyśmy nad resztkami sernika, za oknem kwitły kasztany, a ona powiedziała cicho: „Wie pani, może powinnyśmy im to powiedzieć. Że nas boli".
Nie odpowiedziałam. Bo nie wiem, czy chcę usłyszeć odpowiedź.