
Sześcioletni wnuk zapytał przy podlewaniu pomidorów: „babciu, a ty kiedyś umrzesz?". Powiedziałam, że kiedyś tak, jak wszyscy, ale jeszcze nie teraz. Zmarszczył się: „to kto mi będzie robił naleśniki?". Obiecałam, że nauczę mamę. „Nie, babciu - naucz mnie".
Konewka w mojej dłoni zrobiła się nagle ciężka jak kamień. Postawiłam ją na ziemi, usiadłam na ławce i przyciągnęłam Kubusia do siebie. Pachniał trawą, kremem z filtrem i trochę malinami, które zrywał po drodze. Pomyślałam wtedy, że żadna książka, żaden mądry artykuł nie przygotowuje cię na takie pytanie, kiedy pada z ust dziecka, które ledwo nauczyło się wiązać buty.
To było w czerwcu, na naszej działce ROD przy Czerniakowskiej. Dwadzieścia osiem metrów kwadratowych altanki, grządki z pomidorami, truskawkami i lubczykiem, który rósł tak bujnie, że sąsiadka Halina przychodziła z miseczką prosić o garść. Tę działkę dostaliśmy z Andrzejem trzydzieści lat temu - jeszcze przez zakład, jeszcze w tamtych czasach, kiedy przydział na działkę był jak szóstka w totka. Andrzej umarł pięć lat temu. Zawał, nocą, po cichu. Nawet się nie obudził. Ja się obudziłam.
Od tamtej pory działka była moja. I Kubusia.
Moja córka Marta - matka Kubusia - mieszkała z nim dziesięć minut tramwajem, na Mokotowie, w bloku z lat dziewięćdziesiątych. Miała trzydzieści osiem lat, pracowała jako farmaceutka w aptece przy Puławskiej, wracała późno. Jej mąż Tomek jeździł tirem po Europie, po dwa tygodnie go nie było. Kubuś zostawał więc u mnie - raz na tydzień, czasem dwa, czasem trzy. Odkąd poszedł do zerówki, nauczyłam go podlewać pomidory, rozpoznawać zioła po zapachu i tłuc jajka tak, żeby skorupki nie wpadały do miski.
Naleśniki robiliśmy w każdą sobotę. To był nasz rytuał. Kubuś stał na stołeczku przy kuchence, a ja trzymałam patelnię i pozwalałam mu nalewać ciasto z chochli. Zawsze za dużo. Zawsze krzywo. I zawsze mówił potem z pełnymi ustami: „Babciu, ty robisz najlepsze naleśniki na świecie". A ja odpowiadałam: „Bo ty mi pomagasz".
Tamtego dnia na działce, po jego pytaniu o śmierć, długo siedziałam na ławce i patrzyłam, jak biegał między grządkami. Nie wrócił do tematu. Dzieci tak mają - rzucą coś, co cię rozbija na kawałki, a potem gonią motyla. Ale ja już nie mogłam przestać myśleć.
Sześćdziesiąt trzy lata. Ciśnienie, które skacze. Kolano, które trzeszczy przy schodach. Serce, które od śmierci Andrzeja bada co pół roku, bo lekarz powiedział, że „trzeba obserwować". Ile mam czasu? Dziesięć lat? Dwadzieścia? Pięć? Nie wiedziałam. Nikt nie wie. Ale to pytanie Kubusia uruchomiło coś, czego nie potrafiłam zatrzymać.
Zadzwoniłam wieczorem do Marty. Kubuś już spał.
- Marto, muszę z tobą porozmawiać.
- Co się stało, mamo? Coś z sercem?
- Nie, ze mną wszystko w porządku. Chodzi o Kubusia. I o nas.
Cisza. Marta zawsze milkła, kiedy wyczuwała, że rozmowa będzie poważna. Od dziecka tak miała. Zbierała się w sobie jak jeż.
- Chcę was częściej widywać - powiedziałam. - Nie raz w tygodniu. Chcę, żebyś przyjeżdżała z Kubusiem na działkę w soboty. Chcę was uczyć gotować. Razem. Nie tylko naleśniki.
- Mamo, ja pracuję do osiemnastej, Tomek jest w trasie, nie mam...
- Wiem, że nie masz czasu. Wiem. Ale posłuchaj mnie. Kubuś zapytał mnie dzisiaj, kto mu będzie robił naleśniki, jak umrę.
Znowu cisza. Ale inna. Dłuższa. Usłyszałam, jak Marta wciąga powietrze. Kiedy się odezwała, głos miała ściszony, jakby bała się, że ktoś usłyszy.
- I co mu powiedziałaś?
- Że nauczę mamę. A on powiedział: „Nie, babciu. Naucz mnie".
Marta się roześmiała. Ale to nie był wesoły śmiech. To był taki śmiech, który ludzie wydają, kiedy za nim stoi coś mokrego i ciężkiego, czego nie chcą jeszcze wypuścić. Znałam ten śmiech. Sama tak się śmiałam na pogrzebie Andrzeja, kiedy ktoś wspomniał, jak rano wychodził po bułki w klapkach.
- Mamo, ja wiem, że za mało przyjeżdżam - powiedziała cicho. - Wiem, że Kubuś jest u ciebie więcej niż u mnie. Myślisz, że mnie to nie boli?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo prawda była taka, że przez ostatnie dwa lata myślałam: Marta nie ma czasu, Marta nie chce, Marta woli, żebym to ja się zajmowała. Ale nigdy nie zapytałam, jak ona się z tym czuje. Nigdy nie zapytałam, czy ją to boli.
- Córeczko, ja nie dzwonię, żeby ci wyrzucać - wykrztusiłam. - Dzwonię, bo się boję.
- Czego?
- Że kiedyś mnie nie będzie, a Kubuś nie będzie umiał zatrzymać tych sobót. Że nie będzie miał w pamięci zapachu lubczyku. Że nikt mu nie pokaże, jak się tłucze jajka bez skorupek w misce.
Marta płakała. Słyszałam to, choć się starała, żebym nie słyszała. A potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.
- Mamo, ja nie umiem z tobą tak rozmawiać. Ty i Kubuś macie coś, czego ja z tobą nigdy nie miałam. I nie wiem, czy mnie na to stać, rozumiesz? Nie wiem, czy umiem tak siąść z tobą w kuchni, lepić ciasto i gadać o niczym. Bo my nigdy tak nie miałyśmy.
I miała rację. Miała cholerną rację. Kiedy Marta dorastała, ja pracowałam na dwie zmiany w księgowości w fabryce kabli na Pradze. Andrzej robił nadgodziny, bo budowaliśmy dom na kredyt, który potem i tak sprzedaliśmy, bo nie ciągnęliśmy rat. Marta chodziła do świetlicy, jadła obiady u sąsiadki, odrabiała lekcje sama. Nie piekłam z nią naleśników. Nie siadałam z nią na działce. Nie miałam na to czasu - albo tak sobie wtedy tłumaczyłam.
A teraz miałam czas. I dawałam go Kubusiowi. Wszystko, czego nie dałam Marcie.
Przez kilka dni żadna z nas nie dzwoniła. To był nasz stary wzorzec - po trudnej rozmowie milczenie, aż temat sam się rozejdzie. Ale tym razem nie chciałam, żeby się rozszedł. W czwartek napisałam SMS-a: „Sobota, 10:00, działka. Będą naleśniki. Przyjedź z Kubusiem. Proszę".
Odpowiedziała po godzinie. Jedno słowo: „Dobra".
Przyjechali. Kubuś wbiegł pierwszy, od razu do pomidorów. Marta stanęła przy furtce z torebką na ramieniu i takim wyrazem twarzy, jakby przyszła na rozmowę kwalifikacyjną. Miała pod oczami cienie. Schudła, zauważyłam to dopiero teraz, w tym ostrym czerwcowym świetle.
- Wejdź - powiedziałam. - Pokaż mi ręce.
Spojrzała na mnie jak na wariatkę.
- Ręce, Marta. Będziesz tłuc jajka.
Stałyśmy potem obie w tej ciasnej kuchni altanki - ja z patelnią, ona z chochlą. Kubuś na stołeczku między nami, poważny jak chirurg. Marta nalała ciasto krzywo, za dużo, dokładnie jak Kubuś. Spojrzała na mnie z takim przestrachem, jakby oblała egzamin.
- Idealnie - powiedziałam.
Nie było idealnie. Pierwszy naleśnik się podarł, drugi przypalił. Przy trzecim Kubuś ogłosił, że mama robi „prawie tak dobrze jak babcia", i Marta się uśmiechnęła. Nie do mnie. Do naleśnika. Ale ja ten uśmiech widziałam.
Jedliśmy potem na ławce przed altanką - naleśniki z cukrem i z cytryną, jak lubił Andrzej. Kubuś miał cukier na brodzie. Marta piła herbatę i milczała. W pewnym momencie powiedziała, nie patrząc na mnie:
- Może w przyszłą sobotę też przyjadę.
- Może - odpowiedziałam.
Kubuś podniósł głowę znad talerza i popatrzył na nas obie tym swoim zmarszczonym, sześcioletnim spojrzeniem, jakby oceniał sytuację. A potem wrócił do naleśnika.
Nie wiem, czy zdążę nauczyć go wszystkiego, co chciałabym mu zostawić. Nie wiem, czy Marta będzie przyjeżdżać w te soboty, czy po trzech tygodniach znów nie wciągnie jej grafik w aptece i trasa Tomka, i zmęczenie, i to nasze rodzinne milczenie, które jest wygodniejsze od rozmowy. Ale wiem, że tamtego dnia, kiedy Kubuś powiedział „naucz mnie", tak naprawdę nie chodziło o naleśniki. I kiedy Marta powiedziała „może przyjadę" - też nie chodziło o sobotę.
Tylko nie jestem pewna, czy którakolwiek z nas wie, jak to dokończyć.